piątek, 25 grudnia 2015

Exile Mockingjays: Danse Macabre.

Witam w ten świąteczne popołudnie! Jak widzicie, dodaję kolejną część EM oraz jest troszeczkę zmian na blogu. Mam nadzieję, że nowy szablon Wam się podoba. Mnie bardzo! :D
Teraz druga część EM jest odhaczona i mogę wziąć się ostro za poprawki Blandy, tak, jak obiecałam. Zamierzam dotrzymać słowa.Dwie OC są usunięte ( jak na razie) z mini. Będą mieć później swą rolę.  Ostrzegam, tekst jest niebetowany. Za każdy wytknięty błąd i konstruktywną krytykę ( nie hejt) będę wdzięczna.Chciałabym Was prosić jeszcze o komentarze - chociażby głupie '' podoba mi się, czekam na więcej''. Dla Was to chwila, a dla mnie radość na cały dzień. :D Oczywiście, EM jest także dostępne na wattpadzie, o tu: Exile Mockingjays na wattpadzie Osobiście mam wrażenie, że ta część poszła mi trochę gorzej, jednak to Wasze zdanie się liczy. :D 
Dedykuję tę część wszystkim, którzy to czytają oraz tym, którzy będą chcieli skomentować. :D Zapraszam serdecznie do lektury. :) + link do pierwszej części: Exile Mockingjays: We Remain
______________________________________________________________________

                Wbrew pozorom, spokojny szum tego domu nosił się w snach i myślach gości tej rezydencji. Chociaż ewidentnie to stwierdzenie tutaj nie pasuje — są więźniami, z małymi szansami na przeżycie. Każde z nich po kolei żałowało, że zgodzili się na tą durną zabawę. W momencie zatrzaśnięcia się drzwi również zatrzasnęła się furtka z ich marzeniami oraz pragnieniami. W ich umysłach ciągle odtwarzało się tykanie oraz dwa słowa, powtarzane co moment w ich głowie...
            Tik-tak, tik-tak, tik-tak, wygnane kosogłosy, wygnane kosogłosy…
            Tymczasem postać w masce szybkim krokiem przemierzała korytarz, szukając pustej ramy na obraz. Myśli w jej głowie wibrowały jak szalone, domagając się uwagi i rozwinięcia. Jednak teraz nie było na to czasu. W końcu, wypadałoby zrobić martwej Ginewrze portret na pamiątkę. Było jej nawet żal, że to rudowłosa umarła jako pierwsza. Jednak ktoś musiał i padło niestety na nią. Albo ruda, albo ona. A ona siebie lubiła po stokroć bardziej.         Podczas, gdy delikatny blask zaklęcia Lumos padał na jej twarz, oświetlając jej drogę, ona przegryzała wargę. Z całych sił skupiła się na szukaniu wolnej ramy, ignorując przekleństwa, które sypały się z obrazów, na które padł choćby skrawek blasku. Nie ma co się dziwić - gdy żyjesz w ciemności, to po pewnym czasie światło jest dla Ciebie jak woda święcona dla demonów. Po prostu się dostosowujesz, nic w tym złego.
            Im dalej szła, tym bardziej nabierała pewności siebie a strach ulatniał się gdzieś po drodze.  Dla niej odwaga była ważną częścią życia, ponieważ tylko ta cecha pozwala przeżyć ci okropieństwa wojny.
            Nagle zaciekawił ją ostatni obraz w korytarzu, więc przystanęła, poświęcając mu całą uwagę. Białe tło, na którym znajdował się biały tron. Od obrazu odcinała się postać — piękna, brązowowłosa, a od stóp do głów w czerni, na plecach mając kołczan, łuk i siedem strzał. Delikatnie musnęła dłonią ramę obrazu, wzdychając cicho. Chwilę później poczuła delikatny, niczym muśnięcie wiatru, ruch pod palcami. Uniosła wzrok, a persona wolnym, dostojnym krokiem szła w jej stronę, nie zmieniając miny, ba, nawet nie mrugnęła! W końcu była na tyle blisko, że czuła ciepło jej palców na swoich własnych. Zanim zdążyła się cofnąć, usłyszała:
            — Nie masz prawa tego zrobić. Nie im. To są Twoi przyjaciele! A będąc na arenie, nauczyłam się jednego – mając przyjaciół, masz wszystko. Będąc samym nic nie osiągniesz i nie masz nikogo.
            — Nie Ty będziesz mi mówić, co mam zrobić. Nie jesteś nikim ważnym, by wpłynąć na moje wybory. Dobrze wiem, czego chcę. Chcę szczęścia. A to, że muszę ponieść jakieś inne koszty jest mało istotne. Co prawda, kiedyś to do mnie wróci, ale teraz nie mam czasu na to — prychnęła pogardliwie, zakładając ręce na swoim, niezbyt dużym, biuście.
            — Zastanów się dobrze, wygnany kosogłosie, czy aby na pewno chcesz to zrobić. Ta decyzja może zniszczyć całą moją przyszłość, bądź ją ugruntować. Ludzie mogliby żyć wiecznie, bez wojen, bez… Igrzysk… — wyszeptała, a jej usta zadrżały. W oczach już czaiły się pierwsze krople łez. Samo wspomnienie o Igrzyskach bolało jakby w żyłach krążyła największa trucizna, używana tak powszechnie przez Prezydenta Snowa. — Musisz zaprzestać tworzenia horroru w tym domu! To Dom Pamięci! Tu nic nie odpłynie w dal. Co się stanie w tym domu, zostanie w nim na zawsze! Przerwij to, dopóki nie jest jeszcze za późno. Jeszcze możesz się z tego wycofać, musisz mnie tylko pos… — tłumaczyła chaotycznie, aż usłyszała krzyk.
            — NIE! Nie będę się zastanawiać, nie będę się wycofywać! Dopiero rozgrywam partyjkę pokera, gdzie stawką jest moje szczęście. Nie Ty jedna jesteś ofiarą koszmaru. Ja przeżyłam wojnę! Widziałam, jak ludzie, z którymi zakładałam Tiarę Przydziału, padają na ziemię bez życia! Jak ich oczy stopniowo gasną, jak byli torturowani Cruciatusem! Ty nigdy tego ani nie doświadczysz, ani nie zrozumiesz! — wykrzyczała, nieświadomie gestykulując impulsywnie rękoma.
            — Kochany, naiwny kosogłosik… Igrzyska to jest rzeźnia. Wybiera się dwadzieścia cztery osoby, po dwie z każdego dystryktu. Żywa wychodzi JEDNA! Rozumiesz?! Musisz zabić resztę. I nie ważne, czy to jest chłopak dwa razy starszy od Ciebie, czy dzieciak, który dopiero skończył jedenaście lat. Idziesz i musisz ich wszystkich zamordować. Nawet swojego sąsiada z sypiącej się chaty obok… — przerwała, milknąc, jednak szybko znów się odezwała, tym razem z dziką, nieokiełznaną wściekłością — Jesteś widowiskiem dla bandy dziwaków. I od tego, jak bardzo wejdziesz im w dupę zależy, czy przeżyjesz ten koszmar! Mój bliski przyjaciel, Haymitch, wpadł w alkoholizm, zaraz po swoich pierwszych Igrzyskach. Był on jedyną, żywą osobą z dwunastego dystryktu, która  przeżyła w tym. Więc nie mów mi, że nie zrozumiem! Mojego męża torturowano w Kapitolu, do tej pory ma problemy z pamięcią. Nie pamięta, co jest prawdą, a co fałszywym wspomnieniem. Te twoje tortury Cruciatusem to nic! Zabrano mu szczęście, wiesz?! A jednak, ciągle mamy wybór, jak chcemy żyć. Nie musisz tego robić. Nie musisz.
            — Mylisz się, kimkolwiek jesteś. Nie mam wyboru. Muszę zabić ich wszystkich, albo nigdy nie zaznam szczęścia.
            — Musisz być naprawdę głupia, skoro nie rozumiesz oczywistych rzeczy — wysyczała groźnie kobieta z obrazu, pochylając się drapieżnie w jej stronę.
            — Rozumiem aż nadto. Jeżeli chodzi o miłość oraz wojnę to nie ma wyborów, są tylko konieczności. Pozabijam ich własnymi rękoma, jeżeli zajdzie taka potrzeba.  — po czym wściekła odeszła w dalszą ciemność, w większą nicość niż tą, którą tu zastała.
                                                           ***
            Podrzucał różdżkę do góry, chcąc uspokoić szalenie bijące resztki jego serca. Lazurowe oczy, które zgasły wieczorem, prześladują go ciągle w myślach. Tak, jakby cały czas czytał tylko ten jeden fragment, widząc tylko jej oczy. Straciła życie w jakiejś chorej grze jakiegoś popieprzonego szaleńca, a raczej pary szaleńców.
            Żałował, że to nie on zginął zamiast niej. Jego życie już nie było istotne, a ona miała wszystko — gdyby umarł, mogłaby ułożyć sobie rodzinę od nowa. Przeklinał w duchu, że przed starciem z Voldemortem w Zakazanym Lesie wyrzucił Kamień Wskrzeszenia, zamiast go sobie zostawić. Przynajmniej Ginny by tu była. Chociaż jako duch, ale byłaby tu z nim…
            Ciężko mu się śpi bez tej malutkiej, rudej istotki, której włosy zawsze sprawiały, że się nimi dławił. Nie był w stanie spokojnie spać, nie słysząc bicia jej malutkiego, ale jakże kochanego serduszka. Nie słysząc jej spokojnego, miarowego oddechu sam popadał w panikę. Za każdym razem sprawdzał, co się dzieje. Zaraz jednak przypominał sobie, że ona już nie żyje. Że ona już nie wróci. Nie ma jej. I nie będzie. 
            Wspomnienia wciąż i wciąż go atakowały, zadając nowe rany oraz rozdrapując przy okazji stare.  Nie chciał już żyć, nie chciał być już Wybrańcem, nie bez niej — nie potrafiłby tego znieść. Wydaje się to proste — sława, rozpoznawalność i duże pieniądze do końca życia, jednak bez niej traciło to znaczenie. Ciągłe plotki, pytania, naruszanie jego prywatności tylko dobiłyby go bardziej, aż w końcu by się stoczył po równi pochyłej i skończył jak zwyczajny, mugolski menel.
            Chrzęst zamka na pokrytym martwą ciszą korytarzu obudził jego czujność. Wstał, wiedziony ciekawością, zaczął podsłuchiwać, co tam się dzieje. W końcu dwa głosy zaczęły być dużo wyraźniejsze.
            — Dobrze wiesz, że ja nigdy tego nie popierałem. Może i mam swoje za uszami, może i jestem draniem, ale nie zabiję naszych przyjaciół! — po chwili usłyszał głośne plaśnięcie. Widmo zostało uderzone.
— Zamknij się! Zrobisz to, kochanie. Trzeba to zrobić w imię naszego szczęścia. Przeżyłam swoje, nie zamierzam też się narazić na publiczny ostracyzm. Nie zamierzam się bać o zdanie innych, będzie liczyć się to, co ja chcę. — ostry, stanowczy głos przecinał ciszę oraz echo świszczącego wiatru. Natomiast w głowie jedynego, żyjącego Pottera rodziło się coraz więcej pytań. Kto zabił jego Ginny i kto z towarzystwa jest zdrajcą?
                                                           ***
            Jasne, złote słońce rzucało grzejące promienie słońca przez otwarte okno, pozwalając, aby wiatr bawił się z firanami. Wszystkie, jeszcze żyjące osoby niechętnie zasiadły przy zastawionym stole, niemal uginającym się od wszelakich smakołyków. Na samym środku salonu znów pojawiły się widma. Widząc je, Harry zerwał się jak oparzony i pobiegł. Nie mogli tu czarować, ale chociaż miał coś, do czego nie potrzebował magii - swoje pięści.
            Szybko znalazł się przy nich, dzięki swojej szybkości oraz zwinności. Nie potrzebował chwili do namysłu - natychmiast uderzył przeciwnika w brzuch. Teoretycznie, po takim ciosie ofiara powinna się chociaż zatoczyć do tyłu, jednak ręka Wybrańca przeszła przez niego, niczym przez płynącą wodę.
            — Wy… Wy skurwiele… Zabiliście… Moją Ginny… — wysapał, po chwili atakując drugie widmo nogą, jednak przeszła przez jego ciało, nie zadając żadnych obrażeń. Harry, szybko orientując się, że tak nic nie wskóra, próbował zedrzeć maskę. — Zabiję was… Zabiję… Zabiję… Zabiję! — syczał groźnie, po chwili zmieniając zamiar. Teraz dusił swojego przeciwnika. Do czasu, aż nie poczuł, aż ktoś go podnosi za nadgarstek, po czym boleśnie wykręca mu dłoń.
            —  Jak śmiesz podnosić na nas rękę? — zapytało oburzone widmo, a mimika na jego twarzy nie wyglądała przyjaźnie. Zapamiętaj sobie – z nami nie wygrasz, Wybrany kosogłosie — po czym rzucił go na drugi koniec pokoju, jakby był jedynie szmacianą laleczką, która waży kilka kilogramów. Po czym, jak gdyby nigdy nic, odwrócili się w stronę publiki, zupełnie jak zaprogramowane komputerowo roboty.
            — Smacznego, wygnane kosogłosy — powiedziały usłużnie, odsuwając się od stołu. Już każdy miał jeść, gdy Neville postanowił zainterweniować.
            — Jaką mamy gwarancję, że te jedzenie nie jest przez was zatrute? — zapytał z dużą dozą nieufności, jak na siebie. Większość patrzyła na niego w milczeniu. Żadne z nich by nie pomyślało o tym, że można by ich tym otruć, wybijając jak kaczki.
            — Dobrze, że dbasz o bezpieczeństwo, wygnany kosogłosie — pochwalił chłopaka, jednak nie zmienił swego położenia. — Odnosząc się do twego pytania, młodzieńcze, i tak zginiecie. Nie mamy powodu, by truć wasz pokarm. Przynajmniej z samego rana oraz na krańcu wieczora. Między tymi dwoma okresami nie daję żadnej gwarancji, że jedzenie jest czyste od trucizn, wygnany kosogłosie…  — odpowiedział, zakładając ręce do tyłu, tymczasem jeden z widelców upadł na ziemię z dużym łoskotem.
            — Wyjaśnijcie mi jedną rzecz… — powiedział, z początku spokojnie, Blaise, jednak z każdą chwilą coraz bardziej się denerwował — Czemu do kurwy nędzy nas tak nazywacie?! Co to w ogóle są te pieprzone kosogłosy?! — trzasnął ręką o blat, wywołując niemały hałas. Dopiero uścisk Amandy uspokoił jego zapędy, na tyle, by grzecznie usiadł na swoim miejscu.
            — Zawsze możecie podpytać obrazów. Jest tu także biblioteka, do której możecie zajrzeć. Pamiętajcie jednak, że od dzisiaj ten pokój oraz sypialnie jest jedyną bezpieczną oazą, w której nie stanie wam się żadna krzywda, przynajmniej nie od nas.
            — Wybacz, drogi… Panie? Tak, będzie tak dobrze. Wybacz, jednak ja wolałabym wiedzieć już teraz. Nie uśmiecha mi się niewiedza. Bez wiedzy nie masz niczego, nawet szczęścia — odparła Hermiona Granger. Przeczytała większość dostępnych jej ksiąg, jednak kosogłos nic jej nie mówił. Chyba, że jest prastarym, już niedostępnym składnikiem eliksirów. Jest to dosyć możliwe — często magiczne istoty cierpiały, aby z ich ciała zebrać materiały na eliksiry, na różdżki bądź na zwyczajne ubranie u Madame Malkin.
            — A więc słuchajcie… Wy, piękna dziesią… znaczy, teraz już dziewiątka, jesteście oznaką buntu, rebelii. To łączy Was z kosogłosami - pięknymi ptakami, stworzonymi przez rząd z innego wymiaru. Przetrwaliście, mimo wszystko. Wasze życie, wspomnienia, bóle oraz poświęcenia — trzymacie się aż do teraz, mimo usilnych prób zabicia was oraz zamiecenia pod dywan. Szybko uczycie się przetrwać, jednak podchwytujecie też piękne rzeczy, przepiękne wartości… Tak jak one. Dlatego jesteście nazywani kosogłosami. A wygnanymi to już się najpewniej domyśleć możecie. Nie wszyscy z was są głupi jak but — tu skierował swoją twarz, okrytą maską na Hermionę i Marikę, po czym oba widma za jednym obrotem znikły, zostawiając za sobą czarny pył.
                                                           ***
            Wraz z ostatnim kęsem, niezręczna cisza uleciała gdzieś w dal, a wszyscy usiedli w kręgu, patrząc po sobie niepewnie.
            — Dobra, chyba wszyscy myślimy o tym samym  — powiedział Neville, lekko obejmując swoją dobrą koleżankę, Sonię. — Z stąd trzeba zwiać i to bezzwłocznie. Nie ma co czekać, aż nas powybijają. Na ten moment mam dosyć śmierci do końca życia. Jakieś pomysły? — spytał, a w jego głosie było słuchać pewność siebie. Tak, jakby nagle chłopak, który bał się własnego cienia dostał porządnej dawki odwagi.
            — Wow, Longbottom,  ty myślisz… To dość fascynujące. Oczywiście, ucieczka jest ważna. Ale czy na pewno powinniśmy węszyć? Ja bym tu został i się nigdzie nie ruszał — odpowiedział blondyn, wyciągając wygodnie nogi.
            — Tchórz — usłyszał złowrogi syk Rona, który zaborczo obejmował Hermionę. Miał ochotę wybić mu wszystkie zęby i własnymi rękoma wyrwać wszystkie, paskudne włosy i pobić równie obrzydliwą twarz Weasleya.
            — Ja nie tchórzę. Myślę logicznie. — odpowiedział, biorąc z stołu filiżankę z zieloną herbatą. Przysunął ją do swych ust, upijając odrobinę, przy okazji delektując się każdym łykiem.  Po chwili oparł dłonie na kolanach, z zaciekawieniem obserwując twarze pozostałych. — Jednak bez planu tego domu zbyt wiele nie zdziałamy. A pójście bez znajomości  może nie skończyć się dobrze. Skoro mamy tu umierać, to skąd wiadomo, że tu nie ma pułapek? Może i nawet w tym pokoju  może coś na nas czyhać. Trzeba być ostrożnym. Musimy się zastanowić, co zrobić i jak to wszystko rozegrać. Bo nie oszukujmy się – możemy zginąć nawet idąc z stąd do swoich sypialni. Wystarczy tylko wola tych widm. Sami słyszeliście, że według nich nie wygramy – więc dom na sto procent jest naszpikowany pułapkami, chmurami trucizn i innymi, mniej, bądź bardziej wymyślnymi formami szybkiej, bądź wolnej śmierci. Działanie na żywioł, czy chęć zemsty — tu skierował wzrok na Pottera — nic nam nie da, a może jedynie pogorszyć sytuację.
            — Jakkolwiek to zabrzmi, muszę zgodzić się z Draconem — powiedziała Hermiona — To wszystko to gra. Widma próbują nas zmusić do grania według ich reguł, a każde odchylenie może być ukarane. Nie wolno nam zrobić złego kroku, jeżeli nie mamy żadnego zabezpieczenia, bądź powodu… — tłumaczyła Hermiona, jednak nie było dane jej dokończyć.
            — Zabicie Ginny to nie jest powód, by ruszyć dupy i zabić tych popierdoleńców?! — zapytał Harry, dość mocno podirytowany. Większości serce się krajało, widząc, co się z nim stało w przeciągu jednej nocy.
            — Rozumiem Harry, że cierpisz, jednak nie możemy teraz ryzykować. Wiem, że mocno ją kochasz, jednak ona by chciała, byś wyszedł z tego bagna, prawda? Więc teraz proszę, posłuchaj mnie do końca — wpatrywała się w przyjaciela, aż w końcu ten, totalnie zrezygnowany, kiwnął potwierdzająco głową, siadając na swoje miejsce. — Musimy przeszukać ten pokój. Gdzieś na pewno muszą być ukryte plany. Mając plany, będziemy mogli łatwiej przeszukać dom pod kątem ucieczki, oraz ochrony. Możemy się dowiedzieć, jak walczyć z widmami, jedynie studiując rozmiary pokoi oraz ukrytych pomieszczeń. Opcji jest tak wiele… — mówiła Hermiona, z coraz bardziej widoczną chęcią działania. Nie była typem przywódcy, jednak większość osób z stąd była gotowa za nią podążyć. — W każdym razie, musimy teraz szukać.
                                                           ***
            Dwie kobiety — Carrow oraz Snape, szukały planów tego domu w różnych księgach, pod obrazami… Jednak nic nie znalazły. Westchnęły głośno, opierając się o siebie plecami i łącząc swoje dłonie w lekkim uścisku.
            W tej pozycji wyglądały jak ogień i woda - jedna  była blondynką, druga miała włosy czarne jak nocne niebo. Oczy jednej były brązowe, a w nich odbijało się ciepło jej duszy, natomiast oczy drugiej lśniły soczystą zielenią - był to kolor, który oznaczał nadzieję. Sonia była wysoka, Marika niska. Carrow nosiła luźne, letnie sukienki, za to Marika zdecydowanie wolała inne ubrania, w bardziej… ciemniejszych kolorach. Z charakteru też się różniły — jedna była spokojną, zrównoważoną, jednak równie niebezpieczną ślizgonką, natomiast druga była czasem narwana, zbyt odważna i brawurowa, jednak była Gryfonką, w której mimo wszystko, tkwiła artystyczna dusza. Niektóre różnice mogą sprawić, że te osoby się znienawidzą – nic bardziej mylnego. Były dla siebie przyjaciółkami. Jedna była powierniczką drugiej. Nawzajem pocieszały się, gdy ich drugie połówki wyruszały na niebezpieczne misje.  I obie razem przeżywały żałobę — Bellatrix Lestrange oraz Severusa Snape’a. Dla innych ludzi oni byli niczym, mordercami, śmieciami… Jednak dla nich świat zaczynał się i kończył na tych osobach.
            Po chwili wsparcia, odwróciły się twarzami do siebie, mocno się obejmując. Reakcje innych były różne — jednak teraz się nie liczyły. Przez tą chwilę były słabe. Jednak chwila ma to do siebie, że zazwyczaj jest krótka, więc ich przytulenie również trwało zaledwie kilka sekund, po czym niewzruszone wróciły do szukania planów.
            Godzinę później przeszukane było już dosłownie wszystko — od szafek i szuflad, aż po wszystkie kartki w dostępnych książkach. Nie było nigdzie. Żadnej pomocy, która pomogłaby im uciec. Tak naprawdę, to nikt nie wierzył w to, że cokolwiek znajdą.
            — Wiecie, że w sumie zmarnowaliśmy jedynie czas? — spytała Marika wszystkich pozostałych, ale nie uzyskała odpowiedzi. Mogła się tego spodziewać. Zrezygnowana zaczęła się przyglądać jednemu z wielu malunków, znajdujących się na ścianie. Ten konkretny przedstawiał ruiny, najpewniej jakiegoś rynku. Mgła delikatnie otulała zniszczone budynki oraz kupy gruzu, przez co obraz sprawiał wrażenie mrocznego. Wyglądało to tak, jakby ktoś użył wszystkiego, co ma, aby zniszczyć to miejsce. Mogła sobie wyobrazić, jakie to było piękne oraz pełne ludzi, uczęszczających na zakupy, a to po rybę, a to po kozę, bądź inne, równie potrzebne rzeczy. Nagle jej uwagę przykuł napis, który postanowiła odczytać.
            — Dystrykt dwunasty… — odczytała cicho, gładząc dłonią płótno oraz wdychając delikatny zapach starych już farb. Pod palcami poczuła ruch, jakby woda zaczęła falować. Z strachem się odsunęła na stosowną odległość. Na szczęście - nie był to żaden potwór, ani widmo, tylko z pozoru zwyczajny, krępy blondyn. Szedł w stronę centrum obrazu, a na ramionach miał dwa, bardzo ciężkie worki od mąki. Im był bliżej, tym więcej szczegółów dostrzegała — włosy opadające bez kontroli na czoło, poruszające, niebieskie oczy oraz brak lewej nogi, która  została zastąpiona protezą, najpewniej z metalu. Gdy już dalej nie mógł iść, stanął w miejscu, zrzucając ciężar z ramion i wpatrując się wprost w panią Snape.
            — Kim jesteś? — zapytała Marika, patrząc na nieznajomego mężczyznę na obrazie.
— Jestem synem piekarza — odpowiedział cicho, głosem wypranym z uczuć.
— Nie rozumiesz mnie... Kim jesteś? — powtórzyła pytanie, nie spuszczając wzroku.
            — Jestem malarzem — znów odpowiedział tak, jakby nic go nie interesowało. W tym momencie Ronald postanowił się wtrącić.
— Odpowiedz jej, jak cię pyta! — wykrzyknął Ron, podchodząc bliżej Mariki. Wszyscy wiedzieli, że rudzielec nie był znany z cierpliwości. Z taktu też.
—  Jestem zwycięzcą w  74. Igrzyskach Głodowych oraz w Trzecim Ćwierćwieczu Poskromienia. —  znów z jego ust wypłynęło suche zdanie, bezbarwne jak pozostałe. —  W szeregach macie zdrajcę, bądź nawet zdrajców. Nie da się tego wszystkiego zorganizować z oddali, wiem to. Ale domyślam się, że nie zamierzacie czekać na śmierć, tylko chcecie się bronić. Ja daję Wam taką możliwość. Ale od tej pory, musicie działać. Bo czekanie nic nie daje, za to zabicie zdrajców owszem.   —  po czym rzucił przed stopy czarnowłosej dwa, pełne worki, które były dziurawe oraz dość zużyte. Przez braki w plecionce było widać srebrne, pewnie bardzo ostre noże oraz inne, niezbyt znane im bronie. — Więcej nie mogę Wam powiedzieć, ani pomóc, gdyż złamię reguły Domu Pamięci, a na to nie mogę sobie pozwolić… Do zobaczenia, wygnane kosogłosy… — wyszeptał, następnie obracając się do nich tyłem i wracając tam, skąd przyszedł.
— Rozumiecie coś z tego? — spytała niepewnie Amanda, będąc za swoim chłopakiem — Bo ja niekoniecznie. To niemożliwe, aby ktoś z nas zabijał… Żadne z nas nie byłoby zdolne do morderstw.
— Malfoy byłby, tak samo jak jego plugawy ojciec — te słowa wypłynęły, ku zaskoczeniu wszystkich, z ust samego Wybrańca. Nikt jednak nie śmiał się po tym odezwać, ani poruszyć, za to w ciszy wybierali sobie bronie.
                                                           ***
— Dla pewności powtórzę… Ja, Marika i Ron idziemy na drugie piętro. Amanda, Sonia i Neville idą do piwnicy, a Hermiona, Draco i Blaise przeszukają bibliotekę na pierwszym piętrze. Zgoda? — zapytał Harry, trzymając swoją broń w ręku — włócznię. Była o wiele wygodniejsza dla niego niż miecz i można było ją użyć bez ładowania, w przeciwieństwie do pistoletów.
            Każda z  obecnych tu osób miała swoją broń. Tak więc on miał włócznię, Hermiona miała noże, Ron trójząb, Neville miecz, Draco trójząb, Blaise z Amandą mieli pistolety, Sonia  łuk a Marika topór. Nie było wątpliwości, że te wspaniałe prezenty były bardzo użyteczne w misji, o ile nie były głównym bodźcem, dla którego oni w ogóle się ruszyli z miejsca, aby zawalczyć o wolność.
— Nie sądzę, aby temu gościowi można było ufać. Być może jest agentem tych widm? Nie jestem pewna, czy powinniśmy uży… — mówiła Hermiona, jednak reszta solidarnym gestem ją uciszyła. Nie było czasu na zastanawianie się, trzeba było działać!
            Szybko trzy grupy się rozdzieliły, aż pokój całkowicie opustoszał. Zaraz po zatrzaśnięciu drzwi dało się słyszeć głośny, przerażający śmiech i tykanie wskazówek zegara…
                                                           ***
Ogień paląc się na pochodniach dawał światło, ale niewystarczające, by rozświetlić całą piwnicę. Nic jednak nie mogli poradzić, gdyż w jednej ręce mieli pochodnie, natomiast w drugiej swoje bronie. A puszczenie któregoś z nich nie wchodziło w grę.
— Mam złe przeczucia… — wyszeptała Sonia, kładąc głowę na ramieniu przyjaciela. Amanda za to ubezpieczała tyły. Miała do tego najlepsze warunki, więc postanowiono to wykorzystać przy wędrówce. Trzymała się dzielnie, jednak jej instynkt mówił, że dzisiaj straci kolejną część swojego serca.
— Wiem… Ale nie martw się, będzie dobrze. Oboje mamy przecież dla kogo żyć. Nie my umrzemy…  — odpowiedział chłopak, krocząc dalej, chociaż nie był pewny swoich słów.
Mimo to nie mogli się zatrzymać. Dopóki mają siłę, to będą szli. Chociaż, broń nieco obciążała drużynę, on jednak trzymał się dzielnie. Nawet jego zmieniła wojna. Musiał przestać być wieczną ciamajdą i uważać się za gorszego. Musiał uwierzyć. A gdy to zrobił, wiara nareszcie zmieniła się w odwagę, którą nosił w sercu i którą udowodnił, zabijając Nagini mieczem Godryka Gryffindora. Dla niego nie był to wyczyn godny aplauzu, jednak nawet jego babcia była z niego dumna, ponieważ, jak nam wiadomo — plotki z pola bitwy niosły się niczym błyskawica po świecie czarodziejów, a syn państwa Lonbgbottomów został okrzyknięty bohaterem, który zniszczył ostatniego horkruxa Voldemorta.
            Po godzinnej wędrówce zauważyli naturalne światło słoneczne, wpadające promieniami przez dziury w ścianach. Byli już blisko…
            Szybko pokazał im na migi, aby się nie odzywały i biegły za nim. Dziewczęta tak uczyniły. Gdy już widzieli wielką, na pół zniszczoną ścianę, nagle z dziury obok wypełznęła ogromna kobra królewska, sycząc groźnie.
— Cofnąć się. — rozkazał brunet, wyciągając miecz przed siebie. Ma już doświadczenie w zabijaniu węży. Mimo chęci Sonii do walki, on zagrodził jej przejście dłonią, w której trzymał pochodnię — Nie ruszaj się — powiedział, a wąż rozchylił swój kaptur, a sycząc ukazał dwa, ogromne kły, najpewniej wypełnione śmiercionośnym jadem. Upuścił pochodnię, zaczynając biec w stronę gada, aż nagle zjawiła się tajemnicza mgła.
                                               ***
Gdy wszyscy już wstali z ziemi i się otrzepali, w końcu duchy zaczęły mówić.
            — I znowu się spotykamy… — wyszeptały radośnie widma, kręcąc się, niczym w tańcu. Nie zwiastowało to nic dobrego. — A więc postanowiliście szukać wyjścia? Odpowiemy Wam, że czegoś takiego nie ma, przynajmniej nie teraz i nie dla wszystkich. Dzisiaj mieliśmy nie zabijać, jednak… Po waszych akcjach zmieniliśmy zdanie — wysyczali groźnie, po czym zaczęli swoje obroty. — Tik-tak, tik-tak, tik-tak, gratulujemy odwagi, wygnany koso głosie… — wyśpiewały zjawy, swoimi kościstymi dłońmi wskazując na mordercę Nagini. Chłopak natychmiast poszarzał.
— Neville, nie! — krzyknęła Sonia i tylko tyle zdążyła zrobić, zanim wrócili do prawdziwego świata, gdzie wąż powoli dusił jej przyjaciela. Już chciała wystrzelić strzałę, gdy zaczął mówić.

— Nie rób tego! Zabierz Montrose i uciekajcie obie! — krzyknął, ale dziewczyna nie chciała go słuchać.  — Proszę… Musisz dać coś ode mnie Lunie… — powiedział, po czym rzucił w jej stronę naszyjnik z rodowym pierścieniem jego rodziny. Gdy zauważył, że złapała, znów zaczął krzyczeć. — Na co czekasz?! UCIEKAJ! — po czym ogromne wężysko wbiło w niego swoje kły, wstrzykując do żył swój jad. Pani Carrow nie trzeba było siedem razy powtarzać — wraz z Amandą zaczęły uciekać. Zanim zniknęła za rogiem, odwróciła się, a w tym samym momencie wąż pożerał, już martwego, jej przyjaciela… 

12 komentarzy:

  1. Czytałam poprzednią część już dosyć dawno temu i szczerze zapomnialam juz o tym, ale wchodzę na facebooka i wystarczyło, że zobaczyłam tik tak wygnane kosogłosy, a juz widziałam o co chodzi♥
    podoba mi sie bardzo i czy wisz juz moze kiedy bedzie nastepna część bo czekam nie cierpliwie?♥★

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj. :D Miło widzieć, że ktoś czekał na EM. Cieszę się, że Ci się podoba. Co do następnej części... Myślę, że na wiosnę, bądź w moje ferie ( zaczynające się 18 stycznia) zjawi się kolejna część, jednak nic pewnego.

      Nie mniej, mam nadzieję, że i również będziesz czekać na kolejną część EM. :D

      Pozdrawiam,
      Blanda OC.

      Usuń
  2. Hej, hej! Wreszcie długo wyczekiwana druga część, yeah! Co do szablonu jest naprawdę piękny, moim skromnym zadaniem - lepszy od poprzedniego. ;)
    To zaczynam czytać. Klimat od pierwszych słów taki, jaki zaprezentowałaś w części pierwszej, czyli świetny, to właśnie on zatrzymał mnie przy tej mini, zakochałam się. ;)
    Powiem szczerze, że czyta mi się trochę dziwnie, ponieważ Igrzyska Śmierci znam bardzo pobieżnie, tylko ze słuchu, ale uważam, że (nawet dla osoby, która książek nie zna) motyw jest fajny.
    Cały czas oplata mnie klimat tekstu, który jest według mnie bajeczny.
    Co do wątków, pomijając zmiany, kupił mnie Potter (co dziwne, ponieważ go nie lubię, jako postaci :P). " Wspomnienia wciąż i wciąż go atakowały, zadając nowe rany oraz rozdrapując przy okazji stare. Nie chciał już żyć, nie chciał być już Wybrańcem, nie bez niej — nie potrafiłby tego znieść" kocham Hinny i to... eh. Jeszcze Neville. Kurcze, nie Neville! ;_;
    Błędów nie widziałam, albo omijałam, rozumiesz święta, czas lenistwa. ;) Zastanawiam się tylko nad "Z stąd" Nie powinno być samo "stąd"?

    Pozdrawiam gorąco, Clarissa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej. :D

      Na początek - też mi się podoba szablon. Jest bardzo funkcjonalny, kolory też bardzo fajne. Był specjalnie zamówiony na szabloniarni, którą możesz zobaczyć w menu na górze. :D
      Szczerze, to bałam się, że nie oddam tego klimatu wystarczająco dobrze. Gdzieś tkwił ten strach, że nie zdołam przebić dobrego wrażenia z pierwszej części.
      Co do Igrzysk... Bardzo mi zależało na tym, aby dać ten motyw, jednak tak, by osoby nie znające tego mniej więcej się orientowały i uważałam też, by zbytnio nie zaspojlerować, jednak no... Ciężko. c:
      Cieszę się, że Ci się spodobał Potter. Właśnie chciałam ukazać Hinny i to, jak on po stracie swojej ukochanej się załamał. Ale jak dokładnie wyszło to mogę się jedynie domyślać, bo każdy może to inaczej odbierać.
      A Neville... No cóż, mam swoją kolejność i niestety, w tej części padło na niego. :D
      A co do błędu - zaraz sprawdzę, dziękuję Ci bardzo! ♥

      Również gorąco pozdrawiam,
      Blanda OC.

      Usuń
  3. Klepię miejscówkę na komentarz, żeby nie zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaklepane miejsce, więc komentuję. Postaram się w miarę sprawnie ten komentarz wyklepać, aczkolwiek nie mam bladego pojęcia, jak to w rzeczywistości wyjdzie. Powiem szczerze, że niecierpliwie czekałam na tę część, na cień wyjaśnień po śmierci Ginny, na reakcję wszystkich zgromadzonych, na Harry’ego, który stracił ukochaną.
      Drugie zdanie i już zmiana czasu. Mam nadzieję, że wybaczysz mi, jeśli nie będę ci wszystkiego tutaj cytować, ale zważając na godzinę i poziom mojego zmęczenia, może być z tym ciężko. Wracając do przerwanego; w drugim zdaniu masz zmianę czasu z przeszłego na teraźniejszy, a potem dalej lecisz przeszłym. Musisz tego pilnować. Lubię hasło „wygnane kosogłosy”. Jestem ciekawa znaczenia, bo, nie wiem dlaczego, jeszcze go nie zrozumiałam/znalazłam. Serio, Amanda, nie wiem, ile razy trzeba ci to powtarzać, ale ci, ciebie, tobie etc., piszemy małą literą, nie wielką! Nie dość, że wrzucasz to w dialogi, to jeszcze do zwykłego tekstu. 
      Zakładam, że w pierwszym fragmencie przedstawia się rozmowa z Amandą. W końcu to Blanda, co nie? Więc stawiam na Amandę, że jest jakby zdrajcą reszty przyjaciół. Zrobi wszystko, żeby Zabini przeżył. Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie w tej roli kogoś innego. Panną z obrazu jest pewnie Kotna. Ją charakteryzuje przecież kołczan i łuk. Ona idealnie się w to miejsce wpasowuje. Po tym, jak wspomniała o Haymitchu, jestem pewna, że to Kotna.
      „taka potrzeba. — po czym wściekła” Zły zapis dialogu. „Po” wielką literą, a najlepiej zrobić nowy akapit, usunąć „po czym” i kontynuować.
      Bardzo ciekawie opisałaś cierpienie Harry’ego. Podoba mi się to, że jest tutaj ich miłość, są rozdzieleni, ale on ją kocha, kocha ją tak bardzo, że go to aż boli. Przykre, ale przynajmniej prawdziwe. Nie ukoloryzowałaś jego emocji, opisałaś je na tyle przyziemnie i realnie, na ile mogłaś sobie na to pozwolić. Mnie się podoba.
      „przyjaciół! — po chwili usłyszał głośne plaśnięcie.” Znowu zły zapis. Najlepiej, jak wcześniej, jest zrobić nowy akapit. „Po” wielką literą.
      „co ja chcę. — ostry” I znowu zły zapis.
      A to Harry nie rozpoznał głosu? Przecież głos jest czymś takim, co się słyszy, co się rozpoznaje. Słysząc więc czyjąś kłótnię, myślę, że rozpoznałby głos, albo przynajmniej zacząłby mieć podejrzenia, kto się tam wykłócał.
      Słońce nie może rzucać grzejącymi promieniami. Słońce nie jest człowiekiem, no, chyba że je uczłowieczasz, w co wątpię.
      Ok, nie bardzo rozumiem tutaj sytuacji z widmami i Harrym. No spoko, że Harry był wściekły, to mogę mu wybaczyć, ale nie rozumiem, w jaki sposób najpierw widma były nienamacalne, a za chwilę Potter sobie je dusił, jak gdyby nigdy nic. No yolo.
      Zmiany czasu! Pilnuj tych czasów, serio.
      Neville! <3 Kocham Neville’a. Jest takim cudownym bohaterem. I serio, tylko on postanowił zapytać, czy żarła im przypadkiem nie zatruli? No i nie podoba mi się stwierdzenie „wybijać jak kaczki”. Jest zbyt potoczne, niepasujące do charakteru tekstu.

      Usuń
    2. Blaise, spoko, Ślizgon i inne duperele, ale mogłaś sobie, w moim odczuciu oczywiście, darować to przekleństwo. O wiele mocniej wybrzmiałoby to bez wulgaryzmu. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to żaden błąd ani nic. Po prostu dla mnie ładniej i lepiej w tym miejscu brzmiało bez przekleństwa. I serio, fajnie, że sobie coś wyjaśniają w końcu. Trochę mnie denerwuje ten brak ogarnięcia wśród tych wszystkich ludzi, no przecież oni wojnę wygrali, brali w niej udział, a trzęsą portkami w takiej sytuacji. Ludzie im ginęli w czasie bitwy, potracili bliskich, a boją się zaryzykować tutaj?
      „Z stąd” — Stąd.
      Neville zaczął mądrze prawić. Wiem, że na końcu i tak zginie (rzuciłam okiem na zakończenie po południu), aczkolwiek i tak. NEVILLE, MÓJ PRZYJACIELU. Draco, as always, prezentuję się jako tchórz. No jest tchórzem, w dodatku wygodnickim, ale sorry, Malfoy, i tak umrzesz.
      Bardzo podoba mi się opis Sonii i Mariki i nie, nie dlatego, że to ja i Marika (odkrywczo), tylko dlatego, że jest interesujący i spójny. Czytając go, spokojnie mogłam sobie to wyobrazić. To, jak wyglądały, jak przedstawiały się ich relacje. Czułam to, widziałam to, a to jest najważniejsze podczas czytania. Cieszę się, że ani ze mnie, ani z Mariki nie zrobiłaś sierot. Przedstawiłaś nas jako dwie przyjaciółki, tak różne a jednak, tak bliskie sobie, które utraciły zbyt wiele. Utrata miłości jest tak samo bolesna, jak utrata ojca czy matki. Miłość jest jedną z ważniejszych spraw w życiu. Marika i Sonia utraciły tę rzecz i zostały tylko one. Ogień i woda, jak ładnie to napisałaś. Jestem dzikusem <3 a Marika jest spokojnym dzikusem :v.
      Spotkanie z Peetą również przejmujące i ujmujące. Bardzo mi się podobało przedstawienie jego postaci. Mam nadzieję, że oni znajdą jakieś książki o Katniss i Peetcie, serio, chcę, żeby o nich przeczytali, o Igrzyskach, żeby dowiedzieli się historii, w której i oni zaczęli w końcu brać udział.
      No i koniec. Boli mnie śmierć Neville’a, no nic dziwnego, jego bohaterskość, to, jak poświęcił swoje życie, żeby Sonia i Amanda przeżyły. Mega mi się podobało to przedstawienie, mimo że smutne. Ktoś musiał umrzeć, tym razem padło na niego.
      I tyle. Miniaturka, jak już ogółem napisałam, była bardzo przyjemna w odbiorze, nie zważając na błędy, których jest dość sporo w tekście. Pozostaje mi życzyć ci weny, czekać na kolejną część.
      No i, kochana, czekam na komentarze pod moimi tekstami! ♥

      Cosima,
      xx

      Usuń
    3. Dobra, czas na odpowiedź, dopóki mam komputer. :D Na początek - bardzo dziękuję za wytknięcie tych rażących rzeczy. Patrząc tak na to z Twojej strony to faktycznie, nie jest to zbyt dobre. Nie mniej, zaraz po nowym roku, gdy już trwale się dobiorę do mego laptopusia, wprowadzę wszystkie poprawki. :D
      A teraz czas na wyjaśnienia co niektórych kwestii.
      Zacznę od Harry'ego i tej sytuacji z widmami. Tu akurat jest mój błąd, ponieważ nie uwzględniłam, aby napisać jakiej długości były te maski. Sięgały one do obojczyka, natomiast z tyłu trochę za karkiem. W takim wypadku Harry mógłby ich dusić - ręce przenikały przez ciało, ale nie przez maski. Zapomniałam o tym wspomnieć, pisząc na szybko, więc może się to wydać błędem logicznym. Nie mniej, cieszę się, że zwróciłaś na to uwagę.
      A teraz odniosę się do rozmowy - wiesz, to niekoniecznie musi być Amanda. Tak naprawdę, wszystko stanie się jasne na koniec, w epilogu. Chyba, że mój antytalent pisarski sprawi, że domyślicie się zbyt szybko. Chcę to utrzymać w tajemnicy, kto jest winnym. Chciałabym osiągnąć efekt zaszokowania czytelnika, jednak najpewniej będzie mi daleko do tego efektu.
      Teraz odniosę się do was - pisząc o Marice i Sonii znalazłam jakąś piękną piosenkę o Makorrze, która jakoś skojarzyła mi się z Wami dwiema. Dzięki niej ten fragment został napisany w trzy minuty, zamiast w dziesięć.
      A co do części Igrzyskowej - niestety, nie planuję tego. Złamałoby to reguły Domu Pamięci ( które postaram się przytoczyć w następnych częściach). Nie mniej, to nie jest ostatni występ gości z Igrzysk Śmierci. Mogę Cię zapewnić, że jeszcze zobaczysz parę osób. :D
      No i koniec - chciałam go ukazać jako gryfona, tego samego, odważnego gryfona, który odważył się zniszczyć Nagini. Chciałam, by w Waszych oczach, chwilę przed śmiercią został zapamiętany jako bohater. :D

      Chętnie pokomentuję miniaturki ( oprócz tej Blinnowatej, wybacz).

      Dziękuję za wszystko oraz serdecznie pozdrawiam. <3

      Usuń
  4. Może zacznę od tego, że pomysłem jestem zachwycona. Może banalny jest pomysł z domem, ale cała otoczka mocno na plus! c: Obrazy, te widma i cała reszta.
    Co do pierwszej części to było to wprowadzenie i może dla mnie trochę sztuczne w pewnych momentach? Niektóre teksty, na przykład ta kwestia Hermiony po śmierci Ginny... Powiem szczerze, że nieźle wtedy śmiechłam. To okrutne, ale pomyśl o tym co byś ty powiedziała, gdyby twoja przyjaciółka umarła... Na pewno nie byłoby to spójne zdanie, nawet jak byłabyś Hermioną xd Chyba to najbardziej zapamiętałam. I moment z Sonią, kiedy myślała o Bllatrix.
    Ta część jest inna, coś się dzieje, są wyjaśnienia, choć nie do końca. Sonia to pisała, ale i ja napisze - ten cholerny brak ogarnięcia. Ja serio rozumiem, że oni są w niebezpieczeństwie, ale dopiero co byłą wojna, więc lekcje opanowania i planowania powinno mieć za sobą, no ale emocje. Co one z ludźmi robią.
    Chciałam ci na początku napisać kogo podejrzewam o zdradę, ale nie zrobię tego :V Bo jeszcze będziesz chciała być jak Mofftiss i zmienisz plany by nie być przewidywalną, jeśli się domyśliłam XD Rozmowa z Katniss świetna. Wiedziałam od razu, że to ona. Ona jakby dojrzalsza, bo wiadomo, że to mocna kobieta, a tu mówiła już inaczej... Doroślej. Głupia istota, co woli zdradzać niż działać w grupie <3
    Hermiona jest okej, nawet tutaj mnie nie irytuje, jest spokojna, myśli rozważnie - tak jak Hermiona z książek c: Ach, ta gwałtowność Pottera mi się podoba, zajebać skurwieli! Tylko jak, skoro to widma.
    Om, cudownie przedstawiłaś relację Soni i Mariki, wzruszyło mnie to nawet. Mogłabym powiedzieć, że to mój ulubiony moment, ale jakże byłoby to egoistyczne xd Ale opis naprawdę jest świetny, ten kontrast, opisanie nas właśnie w taki "konfliktowy" sposób. Tak inne, a można się przyjaźnić... I ta strata... Strata ukochanych zbliża, to jedna z najgorszych rzeczy na świecie. I ta wzmianka o tym kim byli Bella i Sev dla świata... Świetne.
    Pita! Lubię go, zajebisty piekarza! Zawsze pomocny i dobrym serduszku. Każdy uwielbia dostawać broń w prezencie! Tutaj jest to wręcz konieczne. Wkurwienie Rona - podoba mi się.
    Dostałam topór. Trochę się rozczarowałam, liczyłam na broń (John Watson mocno), ale topór... Jak Krasnolud, jak przypierdolę raz a porządnie to zabiję. Marika Potter i Ron - nowa złota trójca XD
    Zdziwiło mnie, że nie jesteś w grupie z Blaisem, naprawdę. Powiem,że nawet miłe zaskoczenie, że tekst nie skupia się na romansie, a na akcji c:
    I ta końcówka... Opis Neville'a taki cudowny i zaraz umiera... Oddał życie za przyjaciół, prawdziwy Gryfon, cholerny prawie-złoty chłopiec. Płaczę ;;
    Ogólnie trochę niespójności gdzieniegdzie, błędy są, ale wiesz o tym. Wciągnęło mnie c:

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurczę blaszka.
    Neville. :c
    Harry'emu nie pasuje taki język. Te bronie też są trochę naciągane, ale da się przeżyć. ;)
    Czy to był Peeta? (nie wiem jak się to pisze, nie czytałam)
    Właśnie! Dobrze, że moja przyjaciółka jest fanką IŚ, bo mogłabym mało zrozumieć.
    Pisz szybko, już tęsknię za Blandą.

    OdpowiedzUsuń
  6. O. Mój. Boże.
    Pominę to, co powiedziano w komentarzach wyżej. Jest świetnie ^-^. To znaczy - pewnie, były błędy, ale sam tekst... Aw, aw.
    Weny na dalsze części!
    https://imperium-calineczki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy nie chciałabyś spróbwać swoich sił w pisaniu na PBF?
    To tylko moja mała propozycja, w razie pytań zostawiam namiar na siebie w postaci gadu i link do forum. :)
    gg 8660039
    http://magiclullaby.forumpl.net/

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa