sobota, 1 sierpnia 2015

Monsters are real. They live inside us and sometimes they win.

Witam w ten piękny, sierpniowy wieczór. xD Pokazuję Wam miniaturkę Blandy - ale nie moją! To prezent dla mnie od Megan. <3  Bardzo dziękuję oraz przede wszystkim - komentujcie! To jest pierwsza jej miniaturka, która idzie do debiutu na blogu! Jej się przyda każda rada, dobre słowo i krytyka! A mnie to ucieszy, bo będzie mogła jeszcze bardziej rozwijać swój talent!
Pozdrawiam Cię kochana, a Was zapraszam do czytania.
+ Meg dodaje, że, ekhem, cytuję: '' 
Wiem, że są błędy i ogólnie kijowo :')) '', za co dostanie wonga w gonga. xDDD
_____________________________________________________

            Amanda miała jedynie dwa lata, kiedy jej rodzice umarli. Nie, umarli to błędne słowo. Jej rodzice zostali zamordowani. Kiedy przyłączasz się do Śmierciożerców, zawsze jest ryzyko, że prędzej umrzesz niż zostaniesz wyzwolony spod sideł Lorda Voldemorta. A jak już poczujesz wolność, wtedy zamkną cię do Azkabanu. Taka była już kolej rzeczy.
            Godząc się na służenie Czarnemu Panu, zaprzepaszczasz ziarnka nadziei na wolne życie. Życie bez zmartwień, życie bez niekończącego się niebezpieczeństwa, które w każdej chwili może spaść na twoją rodzinę. W każdym momencie jesteś narażony, błędne słowo może sprawić, że już nigdy nie ujrzysz nic poza błyskiem zielonego światła, zbyt długie milczenie może sprawić, że padniesz na kolana, tarzając się po podłodze, a całym tobą będzie targać ból. Krzyk nic nie pomoże. Twoi bliscy muszą patrzeć jak cierpisz, zagryzając wargi, by nie krzyknąć, że już dosyć, wystarczy. Łzy w żadnym wypadku nie mogą pojawić się w ich oczach, bo to oznacza słabość, której Czarny Pan nienawidzi. Żadne twoje uczucia nie mają najmniejszego prawa wyjść na zewnątrz, bo to było surowo zakazane. Uczucia wyniszczają człowieka, tak mawiał Mistrz. Zawsze trzeba być twardym, surowym, nieugiętym. Taką postawę cenił Lord Voldemort.
            Państwo Montrose byli bardzo wiernymi sługami Czarnego Pana. Zawsze uważali, że czysta krew jest ważna, a to już samo w sobie zasługiwało na pochwałę Lorda Voldemorta. Byli z nim od początku, aż do końca. Na każde zawołanie, każdy rozkaz. Niestety, jeden błąd wystarczył, by poczuć gniew swojego Mistrza.
            Był słoneczny, sierpniowy dzień. Słońce było wysoko na niebie, mocno grzejąc. Śmierciożercy nienawidzili takiej pogody. W takie właśnie dni, wszyscy siedzieli w Malfoy Manor, popijając wyśmienity alkohol z okazałej kolekcji Lucjusza Malfoya. Astoria Montrose stała przed kołyską, w której leżała mała Amanda, w bardzo złym stanie. Dziewczynka zachorowała na Smoczą Ospę, ale Czarny Pan zabronił udać się do magomedyka. Przecież Montrose byli Śmierciożercami! Nie mogli jak zwyczajni czarodzieje wejść do Munga i poprosić, by przyjęli ich dziecko! Jednak Amanda przechodziła bardzo, bardzo trudny okres... Płakała, była cała obolała, a na dodatek, kiedy przez nią Montrose nie mogli brać udziału w spotkaniach Śmierciożerców, obrywała Crucio... Tego dnia, Astoria już nie wytrzymała. Popłakała się, błagając Czarnego Pana o litość. Przecież to tylko dziecko! Nie rozumie! Na dodatek jest chore...
            — Przestań!  — krzyk kobiety potoczył się po całym Malfoy Manor. Astoria klęczała, ciągając Czarnego Pana za szatę. — To tylko dziecko, ona nie rozumie! Jest chora, potrzebuje medyka...  — powiedziała szeptem, dławiąc się własnymi łzami — Proszę, już dość! — to były ostatnie słowa, jakie wypowiedziała kobieta. Lord Voldemort skierował na nią czerwone oczy, uwalniając małą Amandę spod działania zaklęcia Crucio. Krzyk Astorii wypełnił salon. Kobieta upadła na podłogę, wijąc się po niej jak oszalała...
            I tak samo było codziennie, przez cały miesiąc. Amanda była w coraz gorszym stanie, tak samo jak jej matka, która powoli traciła zmysły. Kiedy przychodziła noc, Astoria krzyczała. Co noc miała ten sam sen, w którym pojawiał się ból i niekończące się cierpienie. Niegdyś piękna kobieta, teraz traciła swoje uroki. Miała cienie pod oczami, co było skutkiem nieprzespanej nocy, całymi dniami stała nad płaczącą Amandą, płacząc razem z nią. W końcu Czarny Pan tego nie wytrzymał — Montrose stała się zupełnie bezużyteczna. Niegdyś najwierniejsza Śmierciożerczyni, teraz oszalała kobieta, płacząca razem ze swoim chorym dzieckiem... Takie osoby są zupełnie niepotrzebne w potężnej armii Lorda Voldemorta. Kolejny dzień, który wyglądał tak samo. Płakała Amanda, płakała jej matka...
            W końcu Czarny Pan nie wytrzymał. Ustał za nią, wycelował w kobietę różdżką i...
            — Avada Kedavra! — Płacz kobiety ustał, a jej ciało bezwładnie opadło na podłogę. Płacz Amandy ustał, a dziewczynka zaśmiała się radośnie, myśląc, że to tylko dziwne przedstawienie.
            Zaraz do salonu wbiegła Narcyza Malfoy, upadając przy ciele Montrose. Złapała jej twarz w objęcia i zrozumiała, co się stało. Szybko w pomieszczeniu pojawił się również Lucjusz i inni Śmierciożercy. Obok nieżywej żony i Narcyzy pojawił się William Montrose, wybuchając płaczem i łapiąc żonę w objęcia. Voldemort nie pozwolił mu długo płakać, bo zaraz kazał innym Śmierciożercom zabrać irytujące ciało Astorii. William nie mógł znieść straty żony. Winił małą córeczkę, która słabła z każdym dniem o spowodowanie śmierci matki. Mała Amanda płakała już coraz ciszej, nie zdolna wydobyć już więcej łez. Była za słaba. Ojciec zaczął pić i całymi dniami zamknięty w pokoju płakać. Osoby przepełnione żalem również były zbędne.
            — Williamie, Czarny Pan chce cię widzieć. — poinformował Lucjusz, podchodząc do przyjaciela. Montrose i Malfoyowie przyjaźnili się od czasu, kiedy poznali się w kręgach sługusów Lorda Voldemorta. Na dodatek mieli dzieci w tym samym wieku.  — No już, podnieś się. Nie każ mu czekać. — pomógł przyjacielowi podnieść się z łóżka, odstawił alkohol na szafkę nocną, po czym razem zeszli na dół, wchodząc do salonu, gdzie czekał Voldemort.
             —Panie...  — zaczął William, padając na kolana. Już nie dawał rady. Jego córką zajmowała się Narcyza, sam całymi dniami leżał w pokoju i pił alkohol. Nie dawał sobie rady z emocjami, z wychowaniem córki z... z niczym.
            — Nie, przestań, Williamie.  — przerwał Czarny Pan, wstając ze swojego miejsca. — Męczysz mnie. Mam dość — wyciągnął różdżkę i promień zielonego światła uderzył w Montrose, który padł na podłogę tak samo jak jego żona.
            Małżeństwo było bardzo doceniane przez Śmierciożerców, więc wiele osób zaproponowało, że zajmie się małą Amadną, jednak Malfoyowie byli najbliższymi przyjaciółmi Montrose, więc to oni zaopiekowali się ich córeczką, która dorastała razem z ich synem.
                                                                       ***
            Malfoyowie odprowadzili Draco i Amandę na King's Cross, gdzie kazali dzieciom przebiec przez barierkę, która prowadziła na peron 9 i 3/4.
            — No, Amando, ty pierwsza — powiedziała Narcyza, stając przy dziewczynce — Jeśli się boisz, weź rozbieg, dobrze?  — pocałowała ją delikatnie w czoło, po czym trochę się oddaliła, czekając, aż dziewczynka przygotuje się do biegu.
            W końcu tak się stało. Brązowowłosa dziewczynka wzięła głęboki oddech i wbiegła na barierkę, zaraz będąc na peronie 9 i 3/4. Za nią w błyskawicznym tempie pojawił się Draco, a za nim jego rodzice.
             — Wchodźcie do pociągu, jeśli nie chcecie się spóźnić — powiedział Lucjusz, klepiąc syna po plecach. Za to Narcyza uklękła przy Draco i Amandzie, łapiąc ich w ramiona.
            — Miłej zabawy, kochani. Hogwart to wspaniałe miejsce — pocałowała ich w czoła, wstając i od razu się prostując — A teraz wskakujcie do pociągu.
            Amanda pierwsza znalazła się w pojeździe i obejrzała się przez ramię, czekając na Draco. Wychowali się razem, więc traktowała go jak brata. Po niedługim czasie znaleźli wolny przedział, gdzie od razu się usadowili. Kiedy pociąg ruszył, w ostatniej chwili szklane drzwi od przedziału otworzyły się, a stanął w nich wysoki, czarnoskóry chłopiec o szerokim uśmiechu.
            —  Wolne?  — zapytał i nie czekając na odpowiedź zasunął drzwi, kładąc swój bagaż na jedną z półek.  — Nazywam się Blaise Zabini, a wy?  — usiadł obok Draco, który mu zaraz się przedstawił, a po nim Amanda zabrała głos.
            W takim składzie dotarli aż do stacji w Hogsmeade, skąd od razu popłynęli łódkami do Hogwartu. Profesor McGonagall wprowadziła ich do Wielkiej Sali, gdzie rozpoczęła się Ceremonia Przydziału. Kazała ustawić się im w rządku, po czym sama ustała obok stołka z Tiarą, zaraz wyczutując imię pierwszego dzieciaka.
            Wyczytała jeszcze kilka imion, a potem przyszła kolej na nich.
             — Malfoy, Draco!  — krzyknęła profesor McGonagall, a młody arystokrata usiadł na stołku. 
            — SLYTHERIN!  — zdecydowała Tiara, a uśmiechnięty blondyn zszedł ze stołka, idąc w kierunku stołu Ślizgonów, który opanowała wrzawa oklasków.
             — Montrose, Amanda!  — przeczytała kobieta o mocnych rysach twarzy z kokiem na czubku głowy. Brązowowłosa dziewczynka przełknęła ślinę, po czym usadowiła się na stołku. Tiara nawet nie dotknęła jej głowy, a już wykrzyknęła.
            — SLYTHERIN!
            To ją uszczęśliwiło. Szybko znalazła się przy stole Ślizgonów i usiadła obok brata, który pogratulował jej i wyjaśnił, że cały jego ród znajdował się w Domu Węża. Dwójka obserwowała dalszą część ceremonii, aż w końcu przyszła kolej na Blaise'a.
            Tiara chwilę milczała, po czym wskazała mu dom Saltazara Slytherina. Draco i Amanda zaczęli bić brawo, robiąc mu miejsce po środku siebie. Od tamtej pory byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
                                                           ***
             — Czytaliście to, co pisze teraz Prorok?  — zapytał Draco, siadając obok Blaise'a, który dyskutował o czymś zawzięcie z Amandą. Obaj skierowali wzrok na blondyna, który pacnął gazetę na stół, nalewając sobie kawy.  — Czytajcie.
            Blaise wziął gazetę i usiadł wygodniej, czytając treść ze zmarszczonymi brwiami. Ministerstwo próbowało zatuszować to, że Potter był świadkiem w odrodzeniu Czarnego Pana. Oczywiście Śmierciożercy o tym wiedzieli i to, jak Ministerstwo próbuje zatrzeć ślady ich po prostu bawiło. Jednak obawiali się trochę powrotu Lorda Voldemorta.
            Odkąd Potter zabił go czternaście lat temu, nikt o nim nie słyszał. A teraz powraca. Silny jak nigdy. I będzie próbował odnowić swoją armię.
            — Mama napisała mi w liście, że jej i ojca znak zrobił się jeszcze bardziej widoczny. Wiecie, co to oznacza, prawda?  — bardziej stwierdził niż zapytał Draco, pijąc cieplutką i ładnie pachnącą kawę. Amanda razem z Blaisem skinęli głowami, po czym cała trójka wstała, by udać się na pierwszą lekcję. Wakacje zbliżały się dużymi krokami. Zaczął się czerwiec i Amanda nie mogła się doczekać, kiedy wróci do domu. Jak co roku Blaise przyjedzie do Malfoy Manor na wakacje i jak co roku razem udadzą się na King's Cross, by zacząć nowy, pełen przygód rok.
            — Hej, Amando! Możesz dać mi przepisać swój esej z Eliksirów? Nie mogę niczego wymyślić...  — uśmiechnął się szeroko Blaise, podsuwając w swoją stronę pergamin dziewczyny.
            — Dzięki — powiedział, nie czekając na zgodę dziewczyny, która prychnęła jedynie w odpowiedzi, czytając książkę z Zielarstwa.
            Wakacje przyszły szybciej niż trójka przyjaciół sobie wyobrażała. Miesiąc później siedzieli już w pociągu, grając w szachy czarodziejów. Amanda sprawnym ruchem zbiła wieżę Blaise'a, który zacmokał zdegustowany.
            — Jesteś w tym coraz lepsza — stwierdził, patrząc na szachownicę.
            — Uczę się od mistrza — odpowiedziała z uśmiechem brunetka, czekając na ruch przyjaciela. Wykonali serię skomplikowanych ruchów, aż w końcu Blaise ogłosił.
            — Szach mat.  — powiedział w końcu, zbijając króla Montrose.
            —  Hej!  — prychnęła wojowniczo dziewczyna, odgarniając długie włosy za plecy — Przyznaj się, że oszukiwałeś!
             — Może tak, a może nie — powiedział jedynie, rozsiadając się wygodniej na siedzeniu obok Draco, który przyglądał się całej partii w milczeniu. W końcu dojechali do Londynu, gdzie czekali na nich Malfoyowie i matka Blaise'a. Rozstali się w przyjaznej atmosferze, a czarnoskóry obiecał, że wkrótce ich odwiedzi.
                                                                   ***
            Lucjusz grał z Amandą w szachy, bardzo precyzyjnie dobierając ruchy. Starannie rozmyślał każde posunięcie, tak, żeby jak najszybciej wygrać. Brunetka po chwili namysłu zbiła arystokracie wieżę, patrząc z uśmiechem na twarz mężczyzny. Tego się pewnie nie spodziewał. Przez moment, dosłownie sekundę, twarz długowłosego wykrzywił grymas zaskoczenia, który szybko zatuszował.
            Już miał wykonać ostateczny ruch, zbijając jej króla, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Lucjusz wstał z miejsca i z gracją podszedł do drzwi. Uchylił je i nie spodziewał się tego, co za nimi zobaczy. Za jego drzwiami, w idealnym ogródku stał Lord Voldemort we własnej postaci.
             — Panie...  — zaczął Malfoy, kłaniając się nisko. Co jak co, ale szacunek trzeba zachować.
             — Wstań, Lucjuszu  — zdecydował Czarny Pan, wchodząc w głąb mieszkania. Wiedział, że wszyscy będą zaskoczeni. Jeszcze dzisiaj miał zamiar zwołać swą armię do Malfoy Manor. Podobny do węża mężczyzna wszedł do salonu, od razu skierowując wzrok na szachownicę, a potem na dziewczynę, która siedziała przy stole, czekając na ruch Lucjusza.
            — A to chyba nasza mała Amanda...  — zaczął Voldemort, zatrzymując się przed dziewczyną. Zrzucił kaptur z głowy i uśmiechnął się w dziwny, nieco przerażający sposób do brunetki.
            — Pokłoń się, jak należy — zwrócił jej uwagę, na co dziewczyna od razu zareagowała. Podniosła się z miejsca i ukłoniła. Lucjusz uśmiechnął się dumnie. W końcu dzięki niemu dziewczyna wiedziała jak się zachować.
            — Amando, pozbieraj szachy i pójdź do pokoju, proszę — powiedział arystokrata, stając lekko za Czarnym Panem. Montrose skinęła głową, szybko zbierając szachy, po czym oddaliła się, idąc szybkim krokiem do pokoju. Zamiast skręcić do własnej sypialni, weszła do pokoju Dracona, zamykając drzwi.
            Spojrzała na brata lekko przestraszonym wzrokiem, odłożyła szachownicę i usiadła na skraju łóżka, gdzie młody arystokrata czytał książkę.
            — Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej...  — zauważył chłopak, marszcząc delikatnie brew. Zamknął książkę od transmutacji i odłożył ją na stolik.
            — On wrócił… — wyszeptała przestraszona —A teraz siedzi w twoim salonie — westchnęła, a on najpierw zrobił pytającą minę, ale na jego twarz w porę wskoczył wyraz zaskoczenia.
            — Czarny Pan jest u nas w salonie...?  — zapytał niepewnie, a dziewczyna skinęła głową — Wiedziałem, że to prawda — zniżył głos do szeptu, patrząc w przerażone oczy dziewczyny.
            —Będzie chciał odnowić swoją armię, to pewne. W końcu szykuje się wojna, prawda?  — zapytała, zagryzając wargi. Draco skinął głową i oboje pogrążyli się w rozmowie, na temat niespokojnych czasów.
                                                                   ***
            Dziś miał być wielki dzień. Tak to nazwał Czarny Pan, chociaż Amanda bardzo się obawiała. Dziś wieczorem na jej przedramieniu miał zostać wypalony Mroczny Znak. Na jej przedramieniu, na przedramieniu jej brata, na przedramieniu Blaise'a, który miał pojawić się w Malfoy Manor lada chwila...
            Brunetka usłyszała dźwięk aportacji i wyjrzała przez okno. To Blaise z swoją matką. Zagryzła nerwowo wargi i usłyszała, jak wchodzą do rezydencji. Zaraz głos Narcyzy poinformował czarnoskórego, że Amanda razem z Draco są na górze.
            Zabini najpierw wszedł do sypialni Amandy, która od razu go przytuliła. Bała się, ale on chyba też. Czarnoskóry objął dziewczynę, która wsłuchała się w gorączkowe bicie serca przyjaciela. W sumie to już może kogoś więcej, niż tylko przyjaciela...
            — Idźmy po Draco i schodźmy. Już czas — powiedział poważnie Blaise, po czym złapał Amandę za dłoń, ściskając ją uspokajająco. Pogładził kciukiem wierzch jej ręki, wychodząc z dziewczyny sypialni. Szybko zaszli po Draco i jakiś czas później cała trójka stała w salonie, który był zapełniony Śmierciożercami.
            Malfoyowie i matka Zabiniego stali obok siebie, patrząc na dzieci z niepokojem. Obawiali się, prawie tak mocno jak trójka przyjaciół.
            — Jesteście już, moi mili — powiedział Voldemort, wstając z krzesła. Podszedł do nich i uśmiechnął się w dziwny sposób, ukazując zepsute zęby — No więc, kto pierwszy? — zapytał, ale żaden z nich się nie odezwał. — W takim razie, ty będziesz pierwsza, Amando — wyciągnął do niej bladą dłoń i wyciągnął dziewczynę na środek — Czy jesteś gotowa dostąpić tego zaszczytu? — zapytał, a dziewczyna spojrzała na Malfoyów, obok których stała teraz Bellatrix, kiwając głową w jej stronę.
            Czy była gotowa?
            Tego nawet sama nie wiedziała, jednak pokiwała głową, co chyba nie wystarczyło Czarnemu Panu.
            — Czy jesteś gotowa dostąpić tego zaszczytu? — powtórzył.
            — Tak, panie, jestem gotowa —oświadczyła, a Bellatrix ukazała swoje zepsute zęby w szerokim uśmiechu.
            — Cudownie. Podaj mi swą lewą dłoń. — rozkazał, a dziewczyna odgięła rękaw swetra, ukazując lewe przedramię, na którym zaraz miał widnieć Mroczny Znak.
            Spojrzała na Voldemorta, który wyciągnął różdżkę. Skierował jej czubek w rękę dziewczyny, po czym spojrzał jej w oczy.
            — Czy przyrzekasz służyć mi w każdej chwili, od tego momentu aż po końce twoich dni?  — zasyczał, patrząc dziewczynie w oczy.
            Amanda wzięła głęboki oddech i ukradkiem spojrzała na Draco i Blaise'a.
            — Przyrzekam.
            — Czy przyrzekasz wykonywać każdą misję ci powierzoną?
            — Przyrzekam.
            — Czy przyrzekasz szanować i cenić czystą krew, tępić szlamy i zdrajców krwi?
            — P-przyrzekam — odpowiedziała niepewnie, co chyba dało się zauważyć.
            — Przyrzekasz szanować i cenić czystą krew, tępić szlamy i zdrajców krwi?  — ponowił pytanie, wbijając w nią wyczekujące spojrzenie.
            — Przyrzekam — odpowiedziała pewnie.
            W tym momencie Voldemort przyłożył różdżkę do przedramienia dziewczyny i wyszeptał zaklęcie. Amanda krzyknęła i upadła na kolana, a na jej skórze wypalił się czarny jak smoła Mroczny Znak.
            Kiedy Czarny Pan pozwolił dziewczynie odejść, Amanda podeszła do Narcyzy, która ją przytuliła i pocałowała w policzek. Pogładziła wychowankę po włosach, patrząc jak Blaise podchodzi do Lorda Voldemorta.
            Rytuał z Blaisem i Draco poszedł dużo szybciej. Kiedy Lord skończył, wszyscy do nich podbiegli, gratulując im wstąpienia do armii.
            Gratulując tego, co powinni tępić.
            Lucjusz Malfoy wybrał wyśmienite wino i poczęstował nim resztę gości. Wszyscy rozkoszowali się słodkim, wytrawnym smakiem alkoholu, głośno rozmawiając.
            W końcu na środek salonu wszedł Czarny Pan, który wcześniej gdzieś zniknął. Uniósł ręce, a oni zamilkli.
            — Myślę, że nasi mali Śmierciożercy powinny wykonać jakąś misję, na znak tego, że należą do mojej armii — powiedział z paskudnym uśmiechem Voldmort.
            Amanda obawiała się najgorszego i delikatnie ujęła rękę Blaise'a, który uśmiechnął się do niej pocieszająco. Bezgłośnie powiedział do dziewczyny - dasz radę - i mocniej ścisnął jej dłoń.
            — Pomyślałem sobie… — kontynuował Czarny Pan — … że na pierwsze zadanie będą idealni... Weasleyowie — zamilkł na chwilę, a po salonie rozbiegły się wiwaty.  — Obecnie w Norze jest również Potter, więc przypominam tym, którzy jeszcze tego nie wiedzą  - Potter jest mój. Nie macie prawa tknąć go nawet małym palcem — spojrzał na wszystkich.
            Podwładni kiwali głowami, na znak, że rozumieją.
            — Cudownie, cudownie — rozległ się syk Mistrza, po czym skierował swoje czerwone oczy na trójkę ściśniętą w kącie — O północy pojawicie się pod Norą. Nad nikim się nie litujemy, zabijamy od razu. Całą rodzinę Weasleyów, tych zdrajców krwi i Granger, szlamę. Takie osoby nie zasługują na miano czarodziejów — skinął niewidocznie głową. — Możecie się oddalić. Chcę was tu widzieć przed północą. Idźcie już.
            Cała trójka posłusznie wyszła z salonu, od razu kierując się do sypialni Amandy. Blaise ciągle trzymał dziewczynę za rękę. Chyba po pięciu latach przyjaźni, nastało coś więcej. I chyba oboje byli tego świadomi. Brunetka spojrzała na Mroczny Znak i szczęka zaczęła jej lekko drgać.
            Nie chciała mordować, nie chciała być taka jak inni Śmierciożercy. Sama nie wiedziała, czy chciała być w szeregach Voldemorta. Mimo, że była Ślizgonką, co było bardzo, bardzo pewne, nie chciała źle dla innych. Ślizgoni wcale nie są wredni. Są po prostu ambitni, a jako, że dom Saltazara Slytherina przyjmuje tylko tych czystej krwi, wywyższają się, bo oboje ich rodziców to czarodzieje. Taka była kolej rzeczy.
            — Amando, wszystko będzie dobrze — powiedział głębokim głosem Blaise i nachylił się nad brunetką, ujmując w dłoń jej policzek. Złożył na jej wargach delikatny pocałunek, a dziewczyna po chwili szoku go odwzajemniła.
            Po krótkiej chwili usłyszeli odchrząknięcie Dracona, który stał tyłem do tej scenki, obserwując coś z okna. Montrose oderwała wargi od ust czarnoskórego przyjaciela, po czym nadal różowa na policzkach, zakryła Mroczny Znak rękawem od swetra. Wzięła głęboki oddech, a Blaise nadal gładził ją po dłoni.
            — Pamiętajcie  — zaczął Draco, odwracając się do nich — Za żadne skarby nie możecie dać się zabić, ani speryfikować. Są po stronie Zakonu, będą rzucać Drętwotę, jednak to zaklęcie, rzucone kilkakrotnie może zatrzymać akcję serca, także uważajcie. Nie mogą wam... strącić maski z twarzy. Kiedy dowiedzą się, kim jesteście, nie będziecie mieli życia, uwierzcie. W Hogwarcie... stoją po stronie Pottera. Rozumiecie?  — zapytał, patrząc na siostrę i przyjaciela.
            Oboje zgodnie kiwnęli głowami.
            Po jakimś czasie narad, Draco i Blaise wyszli, a dziewczyna położyła się na łóżku, zwijając w kulkę. Bała się. Nie chciała, żeby ją nakryli. Nie chciała brać udziału w tej misji.
            Nie znała Pottera, nie wiedziała jaki jest. Słyszała jedynie o jego wyczynach. Weasley, prawda, wkurza ją i irytuje jak nikt inny, ale w żadnym wypadku nie chciała go zabijać. No a Granger? Piekielnie inteligenta bestia. Taki ktoś przydałby się u boku Czarnego Pana. Jednak krew i duma Gryfonki nie pozwoliłaby jej na to. Ona należy do Zakonu. To widać na pierwszy rzut oka.
            Amanda nawet nie zauważyła, jak po jej policzkach zaczęły spływać łzy. To wszystko przez jej rodziców. Gdyby nie dołączyli do Czarnego Pana, siedzieli by teraz wszyscy troje w pięknym domku na obrzeżach Londynu, popijając herbatę i grając w szachy czarodziejów. Ale nie. Oni musieli zaprzepaścić wszystko, czym natura ich obradowała.
            Zaprzepaścili wolność, którą Amanda tak bardzo ceniła. Chciała być wolna. Uwolnić się spod sideł Czarnego Pana. Marzyła o tym, jednak wiedziała, że póki Potter żyje, ta nadzieja nie jest złudna. Wszystko może się zdarzyć.
            Północ wybiła niespodziewanie szybko, bo już za jakiś czas usłyszała pukanie do drzwi, które wyrwało ją ze stanu melancholii i zamyślenia. Chłopcy zapukali ponownie, a dziewczyna już miała odpowiedzieć "wejdźcie", kiedy żadne słowo nie przeszło jej przez usta. Gardło zawiązało jej się w supeł. To ta chwila. Ten moment. Musi stawić czoło swoim lękom.
            Tym razem Blaise nie czekając na odpowiedź, wpadł do pokoju i uklęknął przy dziewczynie. Pocałował ją w policzek, gładząc jej dłoń. Wiedział, że to dla niej trudne.
            — Idziemy, Montrose. Nie pokazuj, że się boisz. Wiesz, że on tym gardzi. No dalej, podnieś się.
            Z pomocą Blaise'a Amanda wstała z łóżka i otarła łzy rękawem swetra. Cała trójka zeszła do salonu, stając przez Czarnym Panem, którego oczy zaświeciły z ekscytacji.
            — Jesteście już, moi mili. Cudowne wyczucie czasu — syknął, podchodząc do nich — Jak wiecie, Śmierciożercy noszą specjalne szaty, którymi i was również obdaruję — powiedział i machnął różdżką. Cała trójka nie miała już na swoje swoich ubrań, tylko czarne jak smoła szaty, sięgające do podłogi. Były piękne, ale... Noszą je zabójcy, a przecież oni to jeszcze tylko dzieci...
            — Razem z wami pójdą Greyback, który pozabija tych zdrajców krwi, kiedy wy stchórzycie. Musicie wiedzieć, że nie toleruję tchórzostwa. Polecone wam zadanie musicie spełnić. Czy wam się to podoba, czy nie — syknął paskudnie — Oprócz Graybacka będzie jeszcze Karkarow, który wam pomoże. Lucjuszu, a czy ty chcesz pójść razem z nimi?  — zapytał Czarny Pan, stojąc tyłem do arystokraty.
            — Panie... -zaczął Lucjusz.  — Jeśli tylko tego pragniesz...
            — Nie — powiedział od razu —Karkarow i Greyback wystarczą. Liczę na was. Spotka was kara, kiedy Weasleyowie uciekną. Liczcie się z tym — warknął i machnął różdżką. Greyback podszedł do Amandy i Blaise'a, którzy trzymali się za ręce, po czym schwycił ich za ramiona, teleportując się pod Norę.
            Zaraz do nich dołączył Draco, który skrzywił się, kiedy Karkarow wcisnął palce w ramię arystokraty.
            — Zabijajcie. Nie litujcie się — powiedział jeszcze Greyback, rzucając w ich stronę maski. — Nałóżcie je i nie pozwólcie, żeby opadły. Nie mogą was za żadne skarby zdemaskować — skinął głową, nakładając maskę na twarz.
            Wilkołak ruszył w kierunku Nory, a za nim Karkarow. Obaj zmienili się w czarne dymy i wlecieli w Norę, z której zaczęło się sypać. Szkło z okien spadło na trójkę przyjaciół, ale Blaise w ostatniej chwili zdążył ochronić Amandę przed szkłem swoją szatą. Dziewczyna podziękowała mu, patrząc jak z Nory wybiegają członkowie rodziny Weasleyów, Granger oraz Potter. Skład, którego się spodziewali.
            Młodzi Śmierciożercy nałożyli maski, wybrali różdżki i pobiegli w ich stronę. Granger błyskawicznie się odwróciła, rzucając Drętwotę w stronę Dracona, który sprytnie jej uniknął. Pani Weasley walczyła z Karkarowem, pan Weasley zajął się Greybackiem. Reszta musiała poradzić sobie z trójką młodziutkich Śmierciożerców.
            Po chwili milczenia i wpatrywania się w siebie, Granger rzuciła kolejną Drętwotę, której tym razem Amanda uniknęła.
            Tak się zaczęło. Porwali się w wir bitwy, uderzając w nich zaklęciami. Nie padały Avady, rzucali zaklęciami rozbrajającymi i Drętwotami. Nie chcieli ich zabić. To nie w ich stylu.
            Po jakimś czasie, zaklęcie rozbrajające trafiło w Amandę, której wypadła różdżka, a maska opadła. W ostatniej chwili, Blaise zdążył powalić ją na nogi i przycisnąć do ziemi, by nie oberwała nadlatującą Avadą. To Greyback, widząc brak maski, pomyślał, że to jeden z członków rodziny Weasleyów, po czym rzucił w dziewczynę zaklęciem niewybaczalnym. Na szczęście Blaise zareagował we właściwym momencie. Greyback został powalony przed pana Weasleya, który ponownie zaczął atakować go przeróżnymi zaklęciami. Amanda pozbierała się z podłogi, zakładając maskę tak, żeby nikt nie zauważył jej twarzy. Ponownie wdała się w wir walki.
            Otoczyli ją. Stała po środku, a krąg tworzyli jej oprawcy. Granger, Weasleyówna, oraz Fred i George. Nie miała z nimi szans. W końcu postanowili w końcu zbić dziewczynę, jak zwykły pionek od szachów, w które Amanda tak bardzo lubiła grać.
            — Drętwota!
            Tak się zaczęło. Potem poleciało więcej zaklęć. W krąg wpadł Blaise, rozbrajając Granger i bliźniaków. Przyciągnął Amandę po raz drugi do ziemi, szepcząc jej do ucha.
            — Nie możesz zginąć. Jesteś nam potrzebna — Puścił ją i błyskawicznie powstał, rzucając się w pojedynek razem z bliźniakami. Draco walczył z Potterem i Weasleyem, a dla Amandy zostały Ginny oraz szlama.
            — Expelliarmus! — krzyknęła młodsza Gryfonka, jednak Amandzie udało się uniknąć nadlatującego zaklęcia. Szybko spetryfikowała rudą. Granger rzuciła szybkie spojrzenie przyjaciółce i stanęła oko w oko z Montrose.
            — Czemu to robisz? — zapytała Gryfonka, mając różdżkę w gotowości.
            — Robię co? — mruknęła brunetka, marszcząc brew.
            — Czemu jesteś Śmierciożercą? Jesteś młoda, może w moim wieku. Czemu tak marnujesz sobie życie? To takie fajne być na usługach kogoś, kto w każdej chwili może wymordować ci rodzinę?
            Już to zrobił, pomyślała Ślizgonka, wpatrując się w oczy Hermiony.
            — A myślisz, że chcę to robić? Że chcę zabijać? Niszczyć? Tępić mugolaków? Myślisz, że chce być taka? Mylisz się, wcale tego nie pragnę! Wolałabym być zwyczajną czarownicą, a nawet należeć do Zakonu. Wszystko, byleby zdjąć z siebie tą piekielną klątwę! — zawołała, czując łzy w oczach. Granger opuściła trochę różdżkę i zrobiła krok w stronę Amandy. Ślizgonka bardziej wycelowała różdżką w Gryfonkę, która nie przejęła się, tylko podeszła bliżej.
            — W takim razie pozwól sobie pomóc. Teleportujemy się do Kwatery Głównej, gdzie zobaczysz się z Dumbledorem, a on wskaże ci dalsze wskazówki. Wrócisz do Voldemorta, a będziesz przekazywać nam informacje... To niebezpieczne, ale jeśli nie chcesz taka być, pozwól sobie pomóc...
            Różdżka Amandy trochę opadła.
            Zgodzić się? Być na reszcie wolną? Nie zupełnie, ale jednak…
            Spojrzała na wyciągniętą rękę Gryfonki, po czym ją złapała. Wyzwoli i siebie i swoich bliskich. Poczuła szarpnięcie w okolicach pępka, a nogi oderwały się jej od ziemi. Sekundę później znaleźli się... przed gabinetem dyrektora.
            — Oszukałaś mnie! — zawołała Amanda, wyciągając różdżkę.
            — Nie, wcale nie! Posłuchaj... Tutaj jest Dumbledore. Nie mam zamiaru cię oszukiwać... Chodź. — podeszła do gargulca, który pilnował wejścia do gabinetu dyrektora, po czym wyszeptała hasło. Rozsunął się po chwili, ukazując schody prowadzące do gabinetu. -  Poczekaj, zamienię z nim słówko — powiedziała Gryfonka, pukając do drzwi. Rozległo się zdziwione "proszę", po czym dziewczyna nacisnęła klamkę, wchodząc do środka.
            Mijały minuty i Amandzie dłużyło się to niemiłosiernie. Chciała uciec i wrócić na pole bitwy przed Norą. Nie wiedziała, czy kasztanowłosa jej nie oszuka. Nie wiedziała, czego się spodziewać.
            — Wejdź! — rozległ się głos dyrektora, a ona weszła do okrągłego pokoju. Nadal miała maskę na twarzy. Nie zdradziła jeszcze swojej osoby. Nie wiedzieli, kim są.
            Dyrektor wstał i podszedł do dziewczyny. Oczy miał skierowane na jej maskę, a potem przeniósł je do tęczówek dziewczyny.
            — A więc chcesz pokuty...?  — zapytał Dumbledore, gładząc delikatnie swoją brodę. Amanda niepewnie pokiwała głową, ściągając z twarzy maskę. Pragnęła pokuty. Nie chciała być dalej Śmieciożercą.
            — Montrose?! — krzyknęła Hermiona, wstając z fotela, w którym siedziała. Ślizgonka spodziewała się takiej reakcji.
            — Panno Granger, spokojnie — powiedział staruszek, chociaż za okularami - połówkami chował się cień niepokoju.
            — Muszę wrócić. Śmierciożercy napadli Norę, muszę tam wracać! — powiedziała i szybko zniknęła, wracając do przyjaciół by im pomóc. Amanda patrzyła, jak Granger znika. Dumbledore usiadł za biurkiem i wskazał jej miejsce przed sobą. Dziewczyna posłusznie je zajęła.
            — Dyrektorze, ja... nie chciałam. To jak klątwa, którą ktoś nałożył na moją rodzinę. To przez rodziców jestem tym, kim jestem. Wcale nie chciałam napaść na Weasleyów, dyrektorze, ja...
            — Ależ ja cię rozumiem. Nie tłumacz się. Cieszę się, że dałaś sobie pomóc. Widzisz, mam dla ciebie pewne zadanie...
            O nie! Kolejne? Czy wszyscy mają dla mnie jakieś zadania?!
            Jednak skinęła głową, zaciskając usta w wąską linię.
            — Będziesz coś na wzór... agenta. W waszych szeregach jest profesor Snape, czyż nie? Mieszkasz w Malfoy Manor, jesteś przy Voldemorcie bliżej i dłużej niż Severus. Wszystkie informacje, które uważasz za przydatne, podawaj Severusowi. On się z nami skontaktuje. Tylko pamiętaj, musisz być bardzo, ale to bardzo ostrożna.
            — Świetnie - zgodziła się, oczekując uwolnienia, a w zamian dostała koleje zadanie i tym razem musi przebywać z Voldemortem dłużej niż na spotkaniach...
            Nie potrzebnie łapała rękę Granger. Teraz wpakowała się w pułapkę i poczuła wyrzuty sumienia.
            — A teraz wracaj. No, szybko, może nie zauważą twojego zniknięcia! — zawołał dyrektor i patrzył, jak dziewczyna aportuje się przed Norę. Tam od razu dostała Drętwotą i tym razem nikt nie zdołał jej uratować.
            — Wracamy! WRACAMY! — zawołał Greyback, a Karkarow już się teleportował pod Malfoy Manor. Blaise podbiegł do dziewczyny, złapał ją za ramię i zamknął oczy. W ostatniej chwili Ślizgonka poczuła szarpnięcie w okolicach pępka, a potem była już tylko ciemność.
                                                           ***
            Niepewnie otworzyła oczy, a pierwsze co zobaczyła to przerażająca ciemność.
            Umarła? Oby.
            Miała już dość, lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby umarła. Nikt by po niej nie zapłakał.
            Jednak pomyliła się, bo po swojej lewej stronie usłyszała nawoływanie jej imienia. Po chwili rzeczywistość nabierała ostrości i dziewczyna zauważyła Blaise'a ze zmartwioną miną, który gładził jej dłoń i Narcyzę, która robiła jej okłady na czoło.
            — Co się właściwie stało?  — wychrypiała, nawet nie rozpoznała własnego głosu — Ja... zemdlałam?
            — I na dodatek dostałaś gorączki. — poinformowała Narcyza, przykładając ciepłą dłoń do jej czoła.
            — Ile czasu byłam nieprzytomna?
            — Dwa dni.
            Zmarnowała dwa dni?! Co jej się takiego stało?! Przecież dostała tylko Drętwotą...
            — Podejrzewamy, że to był po prostu szok. Aportowałaś się pod Norę, dostałaś od razu Drętwotą, a potem znowu się aportowałaś. To mógł być po prostu szok dla twojego ciała.
            — Wszyscy przeżyli? Gdzie Draco? — zapytała, próbując się podnieść, jednak Blaise kazał jej leżeć.
            — Wszyscy są. Trochę ranni, ale są. Poradziliście sobie świetnie. Czarny Pan jest trochę zawiedziony, że nikt nie zginął, ale i tak jestem z was dumna — kobieta nachyliła się nad nią, składając na jej policzku delikatny pocałunek — No, to ja was zostawię samych… — powiedziała, rzucając porozumiewawcze spojrzenie Blaise'owi.
            Szybko zniknęła za drzwiami, a Amanda odwróciła głowę w stronę przyjaciela.
            — Nawet nie wiesz, jak bardzo bałem się, że możesz już się nie obudzić… — powiedział, głaszcząc dłoń brunetki gorączkowo. — Spędziłem przy twoim łóżku dwa dni, czekając na to, aż w końcu otworzysz oczy...
            — Spokojnie, Blaise. Wszystko jest w porządku. — powiedziała uspokajająco, gładząc kciukiem jego rękę.
            — Gdzie byłaś? Zniknęłaś gdzieś z Granger...
            A więc zauważył…, pomyślała dziewczyna, zagryzając wargi. Skłamać? Powiedzieć prawdę...?
            — Bo widzisz, ja... — otworzyła i zamknęła usta. — Czy mógłbyś zawołać Draco? — poprosiła, a Blaise zmarszczył brew. — To ważne. Powiem wam wszystko, po prostu go zawołaj.
            Niedługo później do pokoju dziewczyny wszedł Draco i Blaise, który usiedli po dwóch stronach łóżka.
            — Jak się czujesz? — spytał młody arystokrata.
            — To nie jest teraz ważne... — przerwała Montrose, zagryzając wargi. — Ja... muszę wam coś powiedzieć. Nie zależnie od tego co się stanie, obiecajcie mi, że nikomu nie powiecie.
            — Obiecuję — odpowiedzieli w tym samym czasie i dziewczyna zamknęła oczy.
            Odpowiedziała chłopcom o tym, co wydarzyło się, kiedy teleportowała się z Gryfonką. Otworzyła oczy i spojrzała na zszokowane twarze przyjaciół. Wiedziała, że tak zareagują.
            — Co ci strzeliło do głowy?!  — zawołał Blaise, zrywając się na równe nogi.
            Złapał się za głowę i zrobił kilka nerwowych kroków w przód i w tył.
            — To jest piekielnie niebezpieczne! Amando Montrose, jesteś najbardziej szaloną, pokręconą, mającą w dupie swoje bezpieczeństwo osobą, którą miałem nie wątpliwą przyjemność poznać! — wybuchnął. — Ale jesteś odważna. Co ci strzeliło do głowy?! — powtórzył, zajmując swoje miejsce.
            — Kiedy... Czarny Pan... przegra, będziemy wolni. Unikniemy Azkabanu. W końcu będziemy mogli być z kim chcemy, mieć dzieci, które na ramieniu nie będą miały tego świństwa! — zawołała Amanda, czując łzy w oczach. — To jest nasza pokuta.
            — Draco, powiedz coś.  — poprosił Blaise, wzdychając głęboko.
            — Amando...
            — Nie — przerwała mu dziewczyna.  — Nie mów nic. Nie chcę wykładów. Mam ich dość. Zrobiłam to, co uważam za słuszne! Powinniście to docenić, robię to również dla was! — zawołała, a po jej policzkach spłynęła samotna łza — Wyjdźcie, chcę się przespać — zdecydowała.
            Musiała pomyśleć, nie chciała słuchać tego, jaka jest głupia, niezrównoważona psychicznie i jednym słowem po prostu beznadziejna. Chciała być sama.
            Draco i Blaise wyszli, zostawiając dziewczynę samą. Od razu wpadła w stan melancholii i odpłynęła w swoje myśli.
                                                           ***
            Przez dwa kolejne lata dostarczała Zakonowi informacje i nikt jej nie przyłapał. Zachowywała się normalnie, nikt nic nie podejrzewał. Dumbledore w końcu został zabity przez Bellatrix, więc Zakonem sterowała McGonagall - nauczycielka transmutacji w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
            Tylko Blaise i Draco znali jej tajemnicę, więc jeśli usłyszeli coś, co wydawało się im godne uwagi, mówili to Amandzie, która przekazywała to Zakonowi. W ten sposób pracowali na swoją wolność. I w końcu ją dostaną.
            Drugiego maja, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku wybuchła Bitwa o Hogwart. Śmieciożercy przeciwko Zakonowi i jego zwolennikom.
            Walka była zacięta, wszędzie miotano zaklęciami.
            Nikt się nie spodziewał, że Amanda, wierna Śmierciożerczyni, stanie pod stronie szlam i zwolenników Pottera. Nikt.
            Blaise i Draco przyłączyli się do Zakonu razem z Amandą, wiedząc, że mogą walczyć z rodzicami. Poddali się walce, rozdzielając się. Ślizgonka walczyła z Greybackiem, którego z łatwością powaliła. W końcu Śmierciożercy wycofali się i dali godzinę, by Potter oddał się im dobrowolnie, inaczej sam Czarny Pan wystąpi i będzie siał śmierć i zniszczenie. Za ten czas, zwolennicy Zakonu chodzili po całym Hogwarcie, szukając martwych ciał.
            Amanda pomagała Neville'owi, bo od czasu rozdzielnia, nie widziała ani Blaise'a, ani Draco. Czarne myśli przechodziły jej przez głowę, jednak nie dała się im ogarnąć.
            Musi być silna. Dla nich. Dla upragnionej wolności.
            — Amanda!  —krzyknął ktoś z tyłu i dziewczynie serce zaczęło bić mocniej. To Blaise, a za nim Draco, który ocierał krew z nosa.
            Dziewczyna zostawiła Neville'a i do nich podbiegła, przytulając bardzo, bardzo mocno. Pocałowała czarnoskórego przyjaciela, który już chyba nie był tylko jej przyjacielem.
            — Nawet nie wiesz, jak bałem się, że zginiesz... — szepnął jej do ucha, mocno przytulając.
            — Czyli we mnie nie wierzyłeś?  — parksnęła dziewczyna, a cała trójka się zaśmiała.
            Razem podeszli do Neville'a, z którym zaczęli szukać ciał. Godzinę później armia Voldemorta na czele z nim samym wkroczyła na teren Hogwartu. Teraz rozpoczęła się prawdziwa bitwa. Czarny Pan na prawo i lewo rzucał Avady, szukając Pottera. Znowu rozdzieliła się z przyjaciółmi, ale obiecali sobie, że wyjdą z wojny cali i zdrowi.
            — Oddajcie mi Pottera! — zawołał Voldemort, celując różdżką w profesor McGonagall.
            — Nigdy! — odpowiedzieli wszyscy chórem, przybierając pozycję bojową.
            — W takim razie będę musiał was zabić — zaśmiał się paskudnie Voldemort, celując różdżką w nauczycielkę transmutacji — A zacznę od ciebie — pokazał w szerokim, obleśnym uśmiechu wszystkie zęby. — Avada Ked...
            — Expelliarmus! — zawołała Amanda, stając za Voldemortem, którego różdżka upadła kilka metrów dalej, a sam jej właściciel upadł, patrząc z czystą nienawiścią na byłą Śmierciożerczynię.
            — To ty! Ty nędzna, mała szumowino! Zdradziłaś mnie, choć przysięgałaś wierność!
            — Nigdy nie chciałam być taka jak ty — odpowiedziała dumnie, celując w byłego Mistrza różdżką — Weź swą różdżkę i stoczmy pojedynek tak, jak robią to prawdziwi czarodzieje — powiedziała głośno, przybierając pozycję obronną.
            Ktoś z tyłu krzyczał nie, idziesz na pewną śmierć!, ale jej to nie obchodziło. Ten człowiek zabrał jej rodziców, wolność, a na dodatek zrobił z niej mordercę. Niech odkupi swoje winy.
            Voldemort doczłapał się do różdżki i wycelował nią w Amandę. Dziewczyna jedynie prychnęła, gdy ten otwierał usta, by rzucić w nią zaklęciem niewybaczalnym.
            — Tak się wychowano? Ukłoń się, wymagają tego maniery.
            — Dziewczyno, igrasz z ogniem...  — syknął Czarny Pan, kłaniając się tak, jak Ślizgonka. — A więc zaczynajmy.
            Walczyli długo. Lord Voldemort posługiwał się tylko jednym zaklęciem, ale Ślizgonka odpierała jego ataki. Wokół nich wybuchła bitwa. Zakon walczył ze Śmierciożercami.
            — Gdyby tylko Potter miał tyle oleju w głowie i gdyby on tak odważnie przystąpił do walki! — zawołał Voldemort, dysząc ciężko. Dziewczyna trochę go wymęczyła.
            — Wszyscy są wierni ideom Pottera i Zakonu. Większość twoich Śmierciożerców są tylko u twojego boku, bo się po prostu boją. — odpowiedziała z krzywym uśmiechem.
            Prowokowała go. Wiedziała o tym.
            — Ty nędzna dziewczyno! — syknął. Amanda odwróciła głowę, kiedy ktoś krzyknął jej imię. Biegł do niej Blaise, miotając zaklęciami. Ale nie celował w Voldemorta... Ślizgonka odwróciła głowę. Za nią stał Greyback, a ostatnie co zobaczyła to błysk zielonego światła.
            Wszystko straciło ostrość, ryk walki ucichł. Potem była już tylko przerażająca ciemność, która ogarnęła wszystko i wszystkich.


1 komentarz:

  1. W szachach nie istnieje termin „zbić króla”. Króla się nie zbija, króla się matuje.
    Zwracam uwagę na to kolejnej osobie.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa