poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział VIII — ''Niestety, wszystko kończy się na próbowaniu. Rzeczywistość była zupełnie inna.''

  Rozdział jest z okazji moich 17-stych urodzin i coraz większej ilości wyświetleń, zbliżającej się do 10000 tysięcy! ♥ Kocham Was!
Dedykuję go:
- Wszystkim moim przyjaciołom - kocham Was!
- Truskaweczce - wiesz za co
Rozdział to taki typowy przeciągacz, zapchaj dziura. Obiecuję, że następny będzie dużo lepszy!
Zapraszam do czytania!
_________________________________________________

   Transmutacja była ostatnim przedmiotem, na którym chcieliby być z własnej woli, kilka godzin przed rozpoczęciem ferii zimowych.  Większość klasy jak jeden mąż byli cicho, wpatrując się pusto w nauczycielkę, która prowadziła wykład. 
   Jednym z takich uczniów był on sam. Nie miał zarówno ochoty, ani siły do tego, aby się skupić na lekcjach.  Zastanawiał się nad swoim powrotem do domu. Chociaż nazwa tego miejsca była czysto teoretyczna. Od kilku lat nie czuł się tam, jak w prawdziwym domu. Mrok, smutek, chłód — to są znamiona rozpoczynającej się wojny, która już zgarnia swoje pierwsze ofiary.
   Nie chciał przegrać tej walki o życie. Chciał walczyć o to, co mu bliskie. Chciał żyć, chronić swoją matkę oraz najbliższych przyjaciół. Dopóki im nic nie groziło, świat mógł robić to, co tylko chce. On dla nich zrobi wszystko, co tylko będzie trzeba, aby ich ochronić.
    Próbował udawać, że zwiastun wojny na niego nie działa. Próbował udawać, że wcale się tak mocno nie boi. Próbował udawać, że zabicie Dumbledora będzie dla niego proste.
    Niestety, wszystko kończy się na próbowaniu. Rzeczywistość była zupełnie inna.
    Nadchodziło najgorsze, a jego zadaniem było chronić swoich bliskich. A cała reszta to tylko dodatki do tej misji.
                                                                           *
— Jesteś tego pewna, Nari? — zapytał tajemniczy mężczyzna, zdejmując z siebie żółty, długi płaszcz a następnie rzucając go w kąt. Wiedział, po co Narcyza go zaprosiła. Za bardzo martwiła się o swojego syna, aby wierzyć jedynie w Wieczystą Przysięgę, którą złożył jej Severus Snape.  Rozumiał ją doskonale w tym momencie.  Bo takie przysięgi to nie jest wszystko, wobec realnego zagrożenia, jakim jest śmierć.
— Oczywiście. Jeżeli wciągnięcie Draco w świat łowców może uchronić go od złego, to zróbmy to — powiedziała cicho, patrząc ze skupieniem na brązowowłosego. Zmienił się, odkąd go widziała ostatni raz — czyli jakieś siedemnaście lat temu. Teraz był dorosłym, przystojnym facetem, a nie wyrośniętym, chudym nastolatkiem. Nie sądziła, że kiedyś wróci do świata, który porzuciła na rzecz Dracona. Ale los najwyraźniej nie zamierzał zakończyć jej historii z Huntikiem, a teraz była za to wdzięczna.
    Fundacja ochroni jej syna przed zatopieniem się w źle tego świata. Nie chciała, aby skończył jak Lucjusz — przeszyty złem na wskroś.  Jako matka miała dobre zamiary wobec swojego jedynego dziecka.
   Muszę to zrobić, wiem o tym. Oni go uratują, muszą go uratować — pomyślała pani Malfoy, jednak jej myśli przerwał ten mężczyzna.
— Gotowa? — zapytał, a ona skinęła głową. Za chwilę nie będzie odwrotu, a Draco pozna kolejny odłam magii, akurat ten, który jest znienawidzony przez Malfoya seniora.  Tymczasem on za pomocą holotomu* powiadomił członków swojej drużyny.
— Zhalia, Lok szykujcie się! Sophie, bądź gotowa jak będzie coś nie tak. Na trzy. Raz… Dwa… TRZY!
 W tym momencie wraz z Narcyzą krzyknęli razem:
— Brama snów! — po czym z ich rąk wypłynęło delikatne, niemal niewidoczne światło. Otoczyło zarówno blondyna, jak i Zabiniego, a gdy dotarło do czoła, rozproszyło się całkowicie, aż zniknęło.

                                                                              *
Szybkie bicia serc.
Nierówne oddechy,
Czające się wszędzie przerażenie.
Taka była ich nowa rzeczywistość.

Gdy Draco upewnił się, że śmierciożercy jakimś cudem odeszli, westchnął z ulgą i spojrzał na swoich towarzyszy. Blaise był ciężko ranny przez to, że chciał ich chronić... Prędko zerknął na Acrimonię. Ich spojrzenia się spotkały. Patrząc w jej oczy, widziała w nich przeprosiny za to wszystko —  wręcz to biło od całej jej postawy, chociaż nic złego nie zrobiła.  Szybko przerwał ich kontakt wzrokowy, ostrożnie wychylając się z kryjówki.
— Okej, droga wolna… — wyszeptała Acri, po czym razem z Malfoyem wzięła Zabiniego,  wychodząc z kryjówki. Ledwo to zrobili, a już zostali zaatakowani. Szatynka szybko zaczęła odbijać  zaklęcia, aż w końcu powaliła ich wszystkich Drętwotą — Draco, wiejemy! — krzyknęła, po czym we trójkę zaczęli uciekać do wyjścia.
    Byle jakoś im zwiać, byle przeżyć.
    Blondyn widział, że niedługo ich dogonią, a aportować się nie mogą, bo Blaise jest ranny.  Gdy z kopniaka otworzyli drzwi i wbiegli, dwoje z jego przyjaciół się rozpłynęła, a miejsce jego pobytu się zmieniło.
    Teraz był w jakimś nieokreślonym miejscu, w niewiadomym wymiarze. Był w stanie się przyznać, że nawet się bał. Stał tam sam, tak cholernie samotny. Nawet nie chciał podziwiać tego widoku miliona gwiazd, komet, słońca, planet i wielkiej sceny. Chciał wrócić do nich, przeprosić za ten cały bałagan, zabrać ich z dala od tego wszystkiego.  Westchnął z takim ogromnym bólem, jakby go dźwigał przez wiele, wiele lat.
     Przepraszam Was, tak bardzo Was przepraszam…. pomyślał, przeczesując dłonią swoje niemal platynowe włosy. Nagle usłyszał swoje imię — niemal instynktownie, ze strachem w swoich stalowoszarych oczach obrócił się w stronę, z której dobiegał ten głos.  Gdy się odwrócił, zobaczył młodego chłopaka. Mógłby przysiąc, że jest od niego zaledwie o trzy lata starszy. Miał na sobie stare, wypłowiałe dżinsy z szelkami, białą koszulę z kieszonką oraz torbę, w której coś było. Jego niebieskie oczy bacznie obserwowały Malfoya, a ten nie był w stanie się w ogóle poruszyć. Ale tak w zasadzie, to wcale się go nie bał. Na pierwszy rzut oka było widać, że on nie ma złych zamiarów. Gdy w końcu stanęli naprzeciw siebie, twarzą w twarz, starszy z nich się lekko uśmiechnął.
— Witaj Draco, miło cię poznać… Nazywam się Lok Lambert. Mamy do omówienia parę spraw — stwierdził, po czym usiadł po turecku i zaczął mówić. Z każdym słowem syn Lucjusza był coraz bardziej zdziwiony.
                                                                              *
   Już we dwoje mieli odejść, gdy nagle nie wiadomo skąd wyskoczyła Acrimonia Hunt — nowa narzeczona jej męża.  I pomyśleć, że kiedyś się przyjaźniła z tą smarkulą! Gdyby nie to, że jest  najlepszą przyjaciółką Draco i kuzynką Blaise’a już dawno wyrzuciłaby ją z tego domu.
— Co ty tu robisz z tym panem, Narcyzo? — zapytała się dziewczyna, a w kobiecie aż się zagotowało wszystko ze złości. Postanowiła jednak nie ukazywać swoich emocji.
— A nie powinnaś w tym momencie spać? Nudzi ci się w nocy? Zawsze możesz pójść pomagać skrzatom — odpowiedziała chłodno, a kuzynka Blaise’a niemal się skuliła — Idziemy, Dante — oznajmiła, po czym pociągnęła go za rękę i zeszli do salonu, a Acri wraz z nimi. Ciekawiło ją, kim on jest oraz co chce od Narcyzy. I co najważniejsze — czym jest świat łowców? Nie zamierzała się chować jak tchórz — chciała wiedzieć wszystko. Miała do tego święte prawo.
— A Ty tu czego szukasz? Szczęścia? — zapytała jadowicie jej była przyjaciółka, jednak ona zignorowała ten ton, jakby nic nie słyszała. Bo gdyby się przejmowała takim tonem, to nie byłaby tak silną, znaczącą w polityce osobą.
— Wiesz, poszukuję odpowiedzi na różne kwestie, które usłyszałam w Waszej rozmowie. To jak, opowiecie mi chociaż trochę? — spytała, unosząc lewą brew, po czym usiadła w wygodnym fotelu — Zgredku! — zawołała, a sekundę później usłyszeli wszyscy charakterystyczne pyknięcie, które oznaczało pojawienie się skrzata — Przynieś mi herbaty. Daj mi dwie kostki cukru, do tego chcę z mlekiem średnio tłustym. W proporcji pół na pół — podała szybkie instrukcje, a następnie zwróciła uwagę na przybysza.
— Mam nadzieję, że teraz wyjaśnicie mi to wszystko — oznajmiła, ciągle czekając na swoją herbatę.
                                                                                *
   Spojrzał na piękną, uśmiechniętą blondynkę w białej sukience. Uśmiechnął się, widząc, jak ona się buja na huśtawce. Była po prostu piękna, wręcz nie mógł oderwać od niej wzroku. Mimowolnie zastanawiał się, kim ona może być. Czy to jakaś znajoma jego rodziny, czy może córka? W końcu, we śnie wszystko jest możliwe. Po chwili usłyszał, że ona coś cicho śpiewa. Podszedł bliżej, aby wszystko słyszeć.
   Z jej pięknych, malinowych ust wypływały równie piękne słowa.
All the ways that you think you know me
All the limits that you figured out
Limits that you figured out
Had to learn to keep it all below me
Just to keep from being thrown around
Just to keep from being thrown around

Every single time the wind blows
Every single time the wind blows
I see it in your face
In a cold night, there will be no fair fights
There will be no good night, to turn and walk away

So, burn me with fire, drown me with rain
I’m gonna wake up screaming your name
Yes, I’m a sinner, yes I’m a saint
Whatever happens here
Whatever happens here
We remain

Now, we talk about our wasted future
But, we take a good look around
Yeah, we take a good look around
Yeah, we know it hasn’t been for nothing
‘Cause we never let it slow us down
No, we never let it slow us down

Every single time the wind blows
Every single time the wind blows
I see it in your face
In a cold night, there will be no fair fights
There will be no good night, to turn and walk away

So, burn me with fire, drown me with rain
I’m gonna wake up screaming your name
Yes, I’m a sinner, yes I’m a saint
Whatever happens here
Whatever happens here
We remain

Said, we remain
We remain

Burn me with fire, drown me with rain
I’m gonna wake up screaming your name
Yes, I’m a sinner, yes I’m a saint
Whatever happens here
Whatever happens here
We remain
*


   On jedyne, co mógł, to wsłuchiwać się w tę piękną piosenkę. Jednak wraz z upływem każdej minuty, ona oddalała się od huśtawki, będąc coraz bliżej jego.  Przełknął ślinę, nie mogąc nic powiedzieć. Był zbyt oczarowany, aby jej przerwać. W końcu niemal wpadła w jego ramiona, nie przestając śpiewać. Niemal automatycznie ją objął, przyciągając do siebie. Czuł, że tu jest jego miejsce. Chciał tu zostać, nie miał zamiaru się budzić. Marzył, by nie wracać do cierpienia czy wojny, by anulować ten zakład i nikogo nie ranić.
   Tak bardzo nie chcę krzywdzić. Ale nic na to nie poradzę, czasu nie cofnę. Czy jest może szansa, że się nigdy nie obudzę? Uniknąłbym wojny. Wiem do kurwy nędzy, że jestem pieprzonym tchórzem! Ale jak mam zniknąć? — zapytał samego siebie w myślach, przymierzając się do pocałowania zielonookiej.  Już gładził swoją ręką jej policzek, już patrzyli sobie w oczy, stopniowo je zamykając. Już czuli swoje własne oddechy, gdy dziewczyna nagle zniknęła!
   Cała sceneria się zmieniła — był w jakimś schronie! Dotknął najbliższej możliwej ściany, aby upewnić się, czy to stało się naprawdę.
   Dobra, to jest prawdziwe,pomyślał, szukając wzrokiem kogoś jeszcze. Niestety, był sam z czarnowłosą kobietą, a światło odbijało jej włosy tak, że wyglądały na granatowe.  Szybko wyciągnął różdżkę, celując w nieznajomą.
— Kim jesteś i czego chcesz?
— Dobra, dzieciaku. Nie będę się z tobą bawić w podchody. Mam na imię Zhalia. Taka wiedza na mój temat powinna Ci wystarczyć. Jeżeli nie, to jest to twój problem. Tak w ogóle, jak na swój wiek masz wystarczająco dużo problemów. A teraz mnie posłuchaj bardzo, bardzo uważnie. Jestem tu z polecenia szefa Fundacji Huntik, Metza.  Moim zdaniem jest poinformowanie Cię o zagrożeniach i czuwaniu nad tobą – powiedziała, rzucając w niego jakimś medalionem.
— Nie potrzebuję niańki, głupia kobieto! — odpyskował, a ta natychmiast zmroziła go swoim spojrzeniem — I co to kurwa jest? Co to za jakiś tandetny naszyjnik?
— To żaden naszyjnik, głupcze! To amulet! Musisz się na nim skupić. Unikaj niebezpieczeństw, durnych zabaw. Bądź ostrożny. Jestem pewna, że niedługo się zobaczymy… — wyszeptała tajemniczo, po czym zniknęła, a cała ta sceneria wraz z nią.
   Niemal od razu po tym wydarzeniu się obudził, cały zlany potem. Spojrzał na łóżko przyjaciela — też nie spał. Skinął do niego głową, bez słowa wstając i nalewając im po kieliszku Ognistej. Nic innego nie działa tak dobrze na sen, jak porządna dawka alkoholu.
                                                                                  *
   Dante Vale — nieustraszony łowca, pogromca najgorszych tytanów, niezwyciężony wojownik. Klejnot koronny w Fundacji Huntik. Jednak, jego umiejętności na nic się nie przydadzą w obliczu dwóch, kłócących się kobiet. Nikt normalny nie pcha się w kłótnie płci pięknej. No i znowu kolejny krzyk.
— Ja zawiniłam? JA?! Przecież Ty i tak go nie kochałaś, nie kochasz i nie pokochasz! Sama mi mówiłaś, że kochasz tylko Metza, a Lucjusz jest jego marną namiastką! — wykrzyknęła nastolatka, po czym poszła do swojego pokoju. Nie miała już siły na rozmawianie z nią.
Jednak Dante po słowach Acrimoni, musiał się wtrącić.
— Daj mi chwilę, Nari. Czy ona właśnie powiedziała, że kochasz Metza? — zapytał, a pani Malfoy nawet nie próbowała zaprzeczyć.  Wiedziała, że teraz Vale nie da jej spokoju.
____________________________________________________________________
*Christina Aguilera - We Remain - urzekła mnie. ♥

8 komentarzy:

  1. Ogólnie jest dobrze, choć brakowało mi samej Blandy.
    Rozdział, mam wrażenie, zbyt chaotyczny i może to tylko przez mój nieogar, ale nie zrozumiałam ponad jego połowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olivia - wiem, że brakowało Ci Blandy. Jednak taka ''chwilowa'' przerwa od tych dwóch głównych postaci na pierwszym planie dobrze zrobi, gdyż mam plan jeszcze na Draco, Acrimonię i parę innych postaci. A rozdziałów Blandy planuję 40, także wiadomo. :D
      Faktycznie, on może się wydawać nieco chaotyczny, gdyż pisałam go na szybko, byle zdążyć dzisiaj go wrzucić, w końcu, obiecałam na asku. :v
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam,
      Blanda OC. ♥

      Usuń
  2. Świetny rozdział ^..^ Trochę go nie rozumiem, ale cóż... Jestem nieogarnięta i czytałam go w szkole. c: Życzę weny i czekam na kolejny rozdzialik!
    Pozdrawiam :>

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, Blando. (chyba tak to się odmienia.)
    Po pierwsze podziękuję za cichą reklamę. Dla mnie to wiele, poważnie. I wcale się nie lubimy. Po prostu tolerujemy się mniej, ze względu na pewne czynniki i tyle!

    Teraz czas na rozdział. Wcześniej Ci nigdy nie komentowałem, więc może innym razem to nadrobię. Także, ten rozdział jest dość ciekawy. I masz rację. Taki przeciągacz. Za mało jak dla mnie jest tam owej Blandy. Połowy (no może troszkę mniej) nie zrozumiałem. Albo jest to mój chaos w głowie, albo nauczycielka, która tłumaczyła nam Cykl Krebsa. :v
    Czekam na więcej. (ojej. zaraz Cię zacznę obserwować. To jest myśl!). Życzę weny!
    Pozdrawiam,
    Ayden Lucas Barrow.

    OdpowiedzUsuń
  4. Amanda, a powiesz mi, skąd się wzięła muzyka? Bo nic nie napisałaś. Śpiewała a capella?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dałam linku? Przepraszam, zaraz dam.
      A ona śpiewała tak po prostu, bez melodii. To tak, jakby się nuciło. :D

      Usuń
    2. A capella, spoko. :D Nie no, każdy sobie bez problemu może znaleźć, wiadomo, że to piosenka Aguillery, ale radziłabym faktycznie dodać link i na końcu napisać, czyja to piosenka i jaki nosi tytuł, żeby nikt się nie przywalił, że plagiatujesz. Akurat jeśli chodzi o piosenki w tekstach, to jestem mistrzynią, bo co chwilę dodaję coś na SCP.

      Usuń
    3. W każdym razie dziękuję za zwrócenie uwagi na to. :3

      Usuń

Layout by Alessa