poniedziałek, 23 lutego 2015

Rozdział VII - Ona na to nie zasługuje...



Witam Was serdecznie! Oto kolejny rozdział Blandy. Jest scena dość... erotyczna, jednak jakiś wielkich nie wiadomo czego nie ma. :D
Osoby, które mają cukrzycę - nie polecam czytać, bo jest strasznie słodko. xD
Ten rozdział zajął mi dziesięć stron w Wordzie, także wiecie... Lekturkę macie. :D
Z okazji tego, że były walentynki, dedykuję ją następującym osobom:
- Acrimoni Hunt - mojej ukochanej becie, przyjaciółce i osobie, która jest jedną z tych osób, które były od początków tego, co ja pisałam.
- Mojemu prywatnemu Zabiniemu - za inspirację, wsparcie i ogólnie... NIE ZATNIJ SIĘ ZNOWU PIWEM! Hahahahaha, kochu. <3
- Marice & Soni - wiem, że ostatnio bywało źle między nami, ale i tak Was kocham i chcę naprawić błędy, które popełniłam.
- Rose - to osoba, która w najgorszej chwili dała mi najwięcej wsparcia.
- Mojej Rav za to, ze jest. Że sie interesuje i że ma cudowne oczka i mnie lubi.
- Pierre & Arczi - chociaż juz sie nie przyjaźnimy jak kiedyś, to i tak Was kocham.
- Czarnej - za rozbawianie mnie, oraz robienia ze mnie tarczy! Pamiętaj, że ja pamiętam o tym, co dzisiaj mówiłaś!
- Ekipie z DW ( zaznajomieni wiedzą, o co chodzi) oraz PiZSANK - za poprawianie humoru, ogólnie za życie.
Oraz każdemu czytelnikowi, który czyta to, co ja piszę.

Dobra, koniec pierdół - czas na czytanie!
_____________________________________________________


Stała przy oknie, wpatrując się w spadające płatki śniegu. Obserwowała ich taniec z lekkim uśmiechem, rysując palcem po zaparowanej szybie, która była pokryta lekkim szronem.
Ostatnio dużo czasu spędziła przy nim z kubkiem herbaty. A wszystko przez tą durną sowę Zabiniego, która dziobała ją z powodu tak długiego oczekiwania na odbiór przesyłki jeżeli musiała za długo czekać na odbiór przesyłki.
Zupełnie jak jej właściciel, pomyślała, bawiąc się kosmykiem włosów który wyślizgnął się z jej niedbałego koka.
Przegryzła swoją dolną wargę.
Martwiło ją to, że ona od jakiegoś czasu nie daje znaku życia. Nie odzywa się, nie robi nic w kierunku kontaktu. Jednak z drugiej strony — ten czas ciszy był dobry, bo mimo tego, że to było dziwne, wszystko wróciło do normy. Co prawda, w Hogwarcie był spokój, ale nie czuło się tego bezpieczeństwa tak jak kiedyś.
Gnębiły ją jej własne, pesymistyczne myśli…
Każdy głupi wiedział, co się stanie z zamkiem. Sam Dumbledore nie był już na tyle potężny, aby ochronić uczniów. A każdy dobry gmach potrzebuje generała oraz legionu
Gwardia została już utworzona — tajemna, teoretycznie dla wszystkich, tylko nie Slytherinu. Z tego, co mówiła jej czarownica, starzec zbliża się ku śmierci —  nie dożyje najpewniej następnego roku szkolnego.
Nie była w stanie tego pojąć i zrozumieć… Wiedziała, że  zbliża wojna, ale co z Albusem? Bez niego wszystko upadnie, Voldemort wygra….
Jej zdaniem ludzie mogli na niego mówić to, co im się podobało, jednakże to on sprawował pieczę nad każdym, kto przekroczył mury szkoły.
Zdawała sobie sprawę, że nic nie uchroni ich przed wojną, ale nie sądziła, że to tak szybko nastąpi. Uśmiechnęła się, widząc pięknego, czarnego ptaka z przesyłką.
To znowu on.
Wymieniali wiadomości ze sobą już od początku przerwy świątecznej. A raczej on ją dręczył, a ona odpowiadała dla spokoju. Gdy wpuściła sówkę do siebie, ta zrzuciła pakunek i kartka, siadając jej na ramieniu, jednocześnie podpijając trochę jej herbaty miętowej. Ostrożnie podniosła obie rzeczy, najpierw otwierając paczkę.
Była zaskoczona, widząc wielki klucz. Zastanawiała się, po co jej to, gdy postanowiła otworzyć list, w którym było:
Droga Amando,
Jeżeli to czytasz, to na pewno zastanawiasz się, do czego jest ten klucz. Jeżeli chcesz się dowiedzieć do czego on służy, to równo o północy przyłóż go do wejścia od swojego pokoju i okręć o 90 stopni. Wtedy coś zobaczysz.
Chciałbym Ci też życzyć spokojnych, zdrowych, wesołych świąt Bożego Narodzenia. Aby każde Twoje marzenie się spełniło, abyś dostała to, o czym marzysz no i żebyśmy się spotkali pod jemiołą.
Twój,
Czarny Mikołaj.
P.S: Nie wymigasz się od Sylwestra.
 
Gdy skończyła czytać, zaśmiała się cicho. Ciekawe, od kiedy Zabini bawił się w Świętego Mikołaja? Spojrzała na swoje odbicia w oknie. Ten uśmiech teraz był taki… prawdziwy…? Już chyba dawno się tak szczerze nie ukazywała swoich emocji. Obracała swój prezent, zastanawiając się nad zawartością takiego klucza… Co on jej może dać? Jakąś nową rzecz?
Byle nie kwiaty.
Niedługo dostanie przez nie poważnego uczulenia, a tego nie zamierzała mieć. Stołek ministra? Owszem. Sławę i bogactwo? Także. Ale nie alergię na Merlina! To tak, jakby chciała czarnoskórego przy sobie! Oblizała usta, bawiąc się swoją różdżką. Gdyby miała moc, nie musiałaby mieć tego „magicznego patyczka” jak to mówi jej krewna.
Jak to się ładnie mówi — o wilku mowa, a wilk tuż tuż.
Słysząc charakterystyczne skrzypnięcie, odwróciła się, zauważając piękną brunetkę z czarnymi, prawie hebanowymi oczami, wargami czerwonymi jak płatki róż i skórą białą niczym śnieg. . Natomiast jej włosy były splątane w warkocz sięgający do jej talii. Zawsze te jej tego zazdrościła — urody, dobroci ducha i podejścia do innych. Według tej kobiety każdy zasługuje na dwie szanse. Amanda zupełnie się z nią nie zgadzała — gdy ktoś cię skrzywdzi, nie powinno się wybaczać, bo wbije ci kolejny nóż w plecy. Nawet nie wiedziała, skąd te myśli. Jej rozważania przerwał melodyjny głos Jane.
— Kochanie, już wiesz, co założysz na Wigilię? — spytała się, opierając się o framugę drzwi — Pamiętaj, że odwiedzą nas Dursleyowie i chciałabym, abyś wyglądała przyzwoicie.
— A mogę ubrać się w brudną szmatę? Może to odgoni Dudziaczka?  — zapytała z nadzieją, jednak nie była nastawiona zbyt optymistycznie do tego.
Jego nie odgoni nawet kijem od miotły. Nie sądziła, że to powie albo pomyśli, ale jest gorszy niż Zabini — on przynajmniej wie, gdzie są granice. Zaskoczyła samą siebie, mówiąc o nim coś dobrego i to we własnej głowie. Oczywiście nikt się tego nie dowie — to zostanie tylko dla jej własnej wiadomości. Musiała jeszcze bardzo uważać, aby nikt z magicznego świata jej nie zobaczył w takim „doborowym towarzystwie”. Wtedy już cały Slytherin by nią gardził bardziej niż zwykle i do końca życia byłaby nikim. Miałaby trudności w osiągnięciu szczytu swojej ambicji — rządzenia krajem.  Mogłaby być co najwyżej szefem departamentu. Niby Ślizgoni nie byli brani pod uwagę chyba, że chodziło o politykę. W tej kategorii to oni rozdawali karty, a reszta musiała się dostosować. Niby były tam osoby z Gryffindoru, Hufflepuffu i Ravenclawu, jednak rzadko się zdarzało, aby osoba z tych dwóch pierwszych domów miała stanowisko wyższe niż sekretarz.
Stukała różdżką bezwiednie w swoją twarz, gdy ciotka pisnęła z wrażenia. Natychmiast pobiegła do siostrzenicy, rzucając na nią piękną suknię z jedwabiu o beżowym kolorze. Mały, lekko wycięty dekolt, od góry do pasa przylegająca do niej. Za to od talii w dół. Puszczona luźno, ze złotą koronką wokoło spódnicy, która mieniła się w blasku słońca, którego promienie wpadały do pokoju. Sięgała jej niemal do ziemi, co sprawiło, że mogłaby się w niej poczuć jak najprawdziwsza księżniczka.
— Ciociu, to Twoja sukienka? — spytała niepewnie, gładząc dłonią materiał.
— Moja? Oczywiście że nie! To jest twoja, bo była u ciebie w szafie! — wykrzyknęła rozemocjonowana ciocia, kręcąc się w kółko aż do czasu, kiedy nie upadła na podłogę. Czasem jej zazdrościła tej beztroski i braku powiązań z magią. Mogła żyć normalnie, jak każda kobieta na świecie. A ona? Całe życie będzie inna niż wszyscy, co ją tylko dołowało.
— Skoro to nie twoje i nie moje… Zabini, psia mać! — zdenerwowała się młoda Montrose.
Merlinie… Ile on musiał na nią wydać! Odda mu ją, ponieważ i tak musiała tam iść do niego na Sylwestra.
Teoretycznie musiała, jednak może w trakcie uciec, wywijając się jakąś bzdurą. Wzięła z kubka łyk herbaty.
Wyborna, pomyślała z błogim uśmiechem. 
Jednak radość znowu przerwała jej starsza Montrose.
— Kto to Zabini? Twój chłopak? — dopytywała się tego bardzo uparcie, a zielonooka zakrztusiła się piciem z wrażenia.
Ona i Zabini?!
Prędzej Nott zrobi jakieś poważniejsze kroki wobec Pansy, niż ona choćby da mu szansę!
— Ja i Zabini? Ciociu, teraz to mnie obraziłaś! Nie znasz go i uwierz, nie chcesz poznać. Moim zdaniem to natrętna, denerwująca, alkoholiczna, pusta Czarna Czacha! — wrzasnęła głośno nastolatka i wyszła, trzaskając drzwiami.
                                                                     *
Tymczasem w zupełnie innym, bardzo dalekim miejscu dwie dziewczyny — blondynka i mahoniowo włosa  podsłuchiwały dwóch młodych mężczyzn.
Acrimonia od początku wiedziała, że będą rozmawiać o czymś ważnym, skoro to, jak to oni określili — typowo męskie pogaduszki. Zadanie od Lorda i tego typu sprawy. Tego się spodziewała i po części usłyszała wyczekiwaną wiadomość. Już miała wraz z Malve się wycofać, gdy zaintrygowało ją jedno zdanie. Zatrzymała pannę Knot ruchem dłoni i przez dziurkę od klucza obserwowały, co się tam dzieje.
— Jak tam zakładzik, Zabini? Nie widzę żadnych jego owoców — roześmiał się blondyn, a Blaise przewrócił oczami i na proponowaną przez Malfoya Juniora szklaneczkę Ognistej pokiwał przecząco głową.
— Nie chcę, a ty nie pij tyle, bo nam napoju wyskokowego do Sylwestra nie wystarczy — odpowiedział i wzruszył ramionami, stojąc przy oknie — A z nią… sam wiesz jak jest. Nie ufa mi na ten moment i dobrze o tym wiesz — skwitował całą sytuację brunet, akurat myśląc o niej oraz o podarunkach, które jej wysyłał.
Czasem sową, czasem po prostu wysyłał do niej skrzata. Jednak dzisiejszy prezent przebije wszystko, co do tej pory jej wysyłał.
Wiedział, że to wszystko się skończy na początek lata, ale miał takie przeczucie… Merlinie, ona na to nie zasługiwała! Może nie była najciekawsza na świecie, najmądrzejsza czy najładniejsza, mimo wszystko miała to coś…
I nie mówił tu o mocy, która może go powalić w sekundę, zabić w męczarniach czy sprawić, że nigdy nie będzie sobą. Po prostu było w niej coś takiego… niewinnego? Tak, to chyba dobre słowo.
— Wiem o tym. Jednak musisz się pośpieszyć… Nie wiem, upij ją i prześpij się z nią — doradził mu szarooki, a czarnoskóry chłopak wytrzeszczył oczy na swojego przyjaciela. No chyba nie mówił poważnie!
— Smoku, ja nie wiem jak ty, ale ja mam serce jeszcze, uwierz mi. Może i zrobię, co trzeba ale nie w ten sposób. Mam swoją godność — oznajmił z uśmiechem, zabierając mu szklaneczkę. Na dzisiaj mu wystarczy.
— Jak chcesz, Diable. Twoja sprawa, zwłaszcza, że masz czas do czerwca. Czyli pół roku. Potem albo ja ci oddaję swoją najcenniejszą miotłę, albo ty jesteś moim skrzatem. Przemyśl swoje działania, a potem dopiero rób — oświadczył ze śmiechem, chcąc zabrać mu swój napój.
Wtedy panna Hunt postanowiła wkroczyć do akcji. Weszła po cichu do pokoju z Malve, opierając swoje dłonie na biodrach.
— A co to za rozmowy? O kobietach? Czy o tym, jak zniszczyć wiarę w ludzi niewinnej osobie? Wiesz, rób co chcesz. Jednak nie oczekuj, że cię w tym poprę, zwłaszcza, że Amanda jest mi bliska — wyraziła swoją opinię panienka Hunt, a jej kuzyn zbladł.
Jeżeli ona się dowie, to wszystko się sypnie. A on zaczął ją lubić, nawet bardzo, więc nie chciał stracić jej na zawsze. A tak by się stało, gdyby ktoś go wydał.
— Chyba jej nie powiesz, co? — zapytał niepewnie, a jego krewna przewróciła oczami, kierując wzrok na drugą kuzynkę.
— Ode mnie się tego nie dowie, możesz być tego pewien. Będę udawać, że tego nie słyszałam. Ale o pomoc mnie nie proś, bo nic na tym nie ugrasz, a jeszcze dostaniesz w pysk. A ty, Malve? Wsypiesz tego idiotę? — dopytywała się dziewczyna, a Malve pokręciła przecząco głową — No, to tę sprawę masz załatwioną. Lepiej mów, co było w tej paczce, co jej wysłałeś.
  Tam był klucz, moja droga — odpowiedział po prostu, częstując się pasztecikami dyniowymi, które były na szafce nocnej. Pyszne, jak zawsze.
— Klucz do czego? I nie kręć — ostrzegła go, czekając na to, co jej on odpowie.
— Jak to do czego? To klucz do jej serca — mrugnął zawadiacko chłopak i wszyscy się zaśmiali. Nie ma to jak wspólne święta.
                                                                            *
Podczas, gdy cała młodzież czekała na swoje wymarzoną wigilię, były sobie osoby, które pracowały ciężko. Były też takie postacie, które knuły rzeczy straszne, takie, które zmienią cały świat. Na nasze szczęście były też takie persony, które dbały o to, aby dobro zwyciężyło. Jedną z tych ostatnich osób był dyrektor tej szkoły.
Albus Brian Wulfryk Percival Dumbledore — największy czarodziej tych czasów zamierzał pomóc w walce ze złem słynnemu Chłopcu, Który Przeżył, aby zmierzyć się ze starymi potęgami.
Niestety, może tylko pomóc a nie zwalczyć, bo sam umiera. A nawet jeśli… Jeżeli nie klątwa tego nie zrobi, to Voldemort owszem. A jak nie Czarny Pan we własnej skórze, to kogoś po niego pośle. Szybko jednak otrząsnął się, widząc jak portret Merlina zalewa się czerwienią i pęka, a duchy z portretów szybko się schowały. Wszystko pogasło, nad Hogwartem zebrały się czarne chmury… Oznaczało to tylko jedno — Le Fay tu idzie. Idzie do niego.  Nie minęła chwila, a dało się słyszeć upiorny głos, a moment później przed nim stanęła piękna, czarnowłosa zjawa. Zło emanowało z niej niemal namacalnie.
— Witaj, miło cię w końcu zobaczyć i poznać osobiście… Zapewne się zastanawiasz, dlaczego tu się zjawiłam. Odpowiedź jest prosta — chcę złożyć ci propozycję — oznajmiła mu czarownica, a siwowłosy słuchał jej z uwagą. Interesowało go, co taka zepsuta do szpiku kości osoba ma mu do zaoferowania.
— Mów teraz. Nie mam czasu na gierki — oznajmił starzec, patrząc na nią z oczekiwaniem. Jednak nie wiedział, że ta oferta i decyzja na jej temat mogą zmienić całe jego życie.
— To proste. Zostaw stronę Merlina, walcz ze mną. Ramię w ramię, różdżka w różdżkę. Chociaż ty jej właściwie nie potrzebujesz. Oboje wykończymy Riddle’a, zniszczymy mugoli. Zemścisz się za ojca i za Arianę. Wiem, że cierpisz z jej powodu. Gellerta też możemy zabić… Jedno słowo będzie jednym twoim prawem… — odpowiedziała Morgana, patrząc na zaskoczonego tym niebieskookiego.
— Nie mogę ci pomóc, nawet, jeśliby bym chciał. Niedługo umrę i nic mi nie pomoże. — Tu pokazał swoją obumarłą dłoń, której ona dotknęła.
Przymknęła powieki, a z jej palców popłynęła dziwna, zielona moc, okalając jego martwą rękę. Gdy je otworzyła to miał wrażenie, że wie wszystko na temat tej części jego ciała.
— Charakterystyczny urok powodujący obrażenia porównywalne do siły albo mocy tego, którego rzecz chciano zabrać. Ktoś zabezpieczył ważny dla niego przedmiot. Stosujesz eliksiry, aby opóźnić to tak, jak się tylko da. Niestety, efekt nie jest długotrwały — niedługo ciało uodporni się na jego działanie, a obumarcie będzie robić przerzuty. Obstawiam ochronę horkruksa, wnioskując po sile klątwy, ale musiałabym to dokładnie obejrzeć. Jednak… Śmierć podlega mnie… Mogę martwe osoby przywrócić do życia… Twoją siostrę też… Potterów też… Kogo tylko zapragniesz, temu oddam życie. Cofnę zły czar, gdyż znam jego pochodzenie, jego korzenie. Wiem, w jakim rodzie się narodził i zwalczę go. Przysięgnij mi jedynie lojalność i posłuszeństwo na wieczność, a ja dam ci wszystko. Nie zniszczę twojego świata, nie zniszczę twych wizji i planów. Będziesz mógł nimi wszystkimi rządzić jak marionetkami. Jedynie mugole doświadczą mocy czarodziei. Ja chcę, abyśmy nie żyli w strachu, że ktoś nas odkryje, że zaczną nas palić. Czyli nic złego… Spójrz… — szepnęła cicho, rysując dziwny znak. I znowu ta zielona energia… Jednak tym razem… Znów poczuł, że ma siłę. Miał ochotę zgodzić się na te warunki. — Za to Merlin… Ty służysz jemu, jego ideałom, a on? Jego nie obchodzi to, że umierasz! Nie obchodzą go losy uczniów Hogwartu, skoro śmierć zabiera Ostatni Bastion tego zamku, a on tak się po prostu na to godzi!  Ze mną będziesz żyć… Wszyscy będą żyć… Emrys nic nie da, a ja wszystko! Wybór jest oczywisty… Powiedz tylko słowo, przysięgnij mi na wszystko, a ja to obiecam ci również! — wykrzyknęła, mając wrażenie, że wygrała. Jednak nie doceniła dobroci i jego lojalności do danej sprawy.
— Droga Morgano… Twoja propozycja jest nieoceniona. Wielu by zgodziło się bez wahania, ale ja… Zostanę tym pionkiem, którym miałem być. Z hetmana nie stanę się królową na tym polu szachowym. Zrezygnuję z tej szansy dla większego celu. Nie mogę się zgodzić na twoje warunki — odpowiedział cicho. Nie przewidział tego, że wiedźma wpadnie w szał.
— Jak śmiesz… Jak śmiesz MNIE odmawiać?! Nie wiesz, na co się piszesz, Dumbledore! Ofiarowałam tobie tak wiele, rozumiesz?! Wszystko! A ty odtrącasz to?! Rób jak chcesz! Ale przysięgam Ci, że szybko zginiesz, nawet, jeżeli sama bym musiała tego dokonać, ujawniając się światu! — I nagle jego dłoń znowu zszarzała. No i nie tylko ona. Zrobiło mu się parę przerzutów, a ona sama rzuciła na niego kolejną klątwę. Padł na ziemię, wyjąc z bólu. A ona? Patrzyła na niego z chłodną obojętnością.
— Do zobaczenia. I to po tej drugiej stronie, w piekle — wysyczała i zniknęła szybciej, niż się zjawiła. I nagle wszystko ustało — jakby mrok zrobił odwrót od zamku, gdzieś w dal. W miejsce, które było znane tylko jej.
                                                                *
Siedziała na łóżku, w ciszy patrząc na zegar. Czekała, aż w końcu wybije północ, przy czym uważała, aby nie usnąć ze zmęczenia. Gdy wybiła godzina dwudziesta trzecia pięćdziesiąt siedem wybiegła z pokoju, zamykając go. Westchnęła, czekając niecierpliwie aż w końcu — nastała północ. Szybko zastosowała się do wskazówek, okręcając klucz o równe  dziewięćdziesiąt stopni. Zobaczyła, że on wtapia się w wejście. Była zaskoczona tą całą sytuacją, widząc złoty błysk w swoim pokoju. Gdy światło ustało, niemal złamała nogę, próbując się dostać do środka. Przekraczając próg swojego pokoju, pisnęła z wrażenia.
Pianino! Nowe pianino! Przepiękne, cudowne pianino!


Poczuła, jak jej się nogi uginają, a oczy napełniają się łzami. Boże… Jest on albo bardzo szalony, albo strasznie cudowny! Nie wiedziała, jak bardzo będzie mogła mu podziękować. Przecież to… to… Na to nie ma słów!
Przysięgam, że jak go spotkam to go chyba uduszę że szczęścia!, pomyślała, ocierając łzy i dopadła do nowego instrumentu.
Piękne, w ślizgońskim odcieniu pianino, z czarno—srebrnymi klawiszami… A pod nimi znajdowały się piękne słowa… Postanowiła je przeczytać, uważając na to, aby znowu się nie popłakać.
Miłość jest władzą, ale władza nie jest miłością. — B. Zabini.
— Nie uwierzę w to, że to on wymyślił… — szepnęła cicho, przesuwając palcami po klawiszach. Nagle poczuła, że jej stosunek do niego znacznie uległ poprawie. Iditota. Ten szalony idiota…
                                                                         *
Uśmiechnęła się, ubierając swoją nową kreację. Czuła się w niej cudownie, a szatyn zabronił jej nawet cokolwiek oddawać. Było to nie fair, bo ona nic mu nie dała na święta, jednak on machnął na to ręką, prosząc, aby w zamian się pokazała na Sylwestra. Nie rozumiała tego, jednak postanowiła się pojawić. Skoro on może jej dawać takie drogie rzeczy, to dlaczego ona ma mu odmówić tej małej przyjemności?
Szybko spięła włosy wsuwkami, tak, aby jej loki wyglądały zupełnie jak te, które ma jej mentorka. Włączyła w telewizorze swój ulubiony program telewizyjny, który puścił piosenkę, jedną z tych, które uwielbiała.
Szykując się, cały czas nuciła jej refren.
Wyglądam niemal jak księżniczka, kręcąc się i fałszując do wtóru. No, tyle, że one chociaż potrafiły śpiewać, pomyślała, a gdy muzyka się skończyła zaczęła się malować.
Nie za mocno, nie za słabo. Po prostu idealnie.
Spojrzała szybko na zegar wiszący nad lustrem — za pięć minut ma świstoklik, musi więc jeszcze buty założyć i wziąć podarunek dla gospodarza… Może ze wszystkim zdąży?
                                                                       *
Podczas, gdy Montrose się szykowała, połowa Slytherinu zaśmiewała się z chytrego planu Zabiniego. Niektórzy nawet jej współczuli…
— No to się ustawiłeś… Nie dość, że wpadnie ci dosłownie na kolana, to jeszcze będziecie pod jemiołą. Zapamiętam ten plan na przyszłość — powiedział Teodor, puszczając oczko do Parkinson. Oczywiście mopsica się uroczo zarumieniła, patrząc w dół. Chociaż każdy głupi widział, że oni czują do siebie coś więcej, niż tylko zauroczenie. A gołąbeczki się wypierały tego.
Zupełnie, jakby miłość była zbrodnią.
— No to zapamiętaj. Ogólnie jestem pomysłowy, Nott. Żebyś ty wiedział, ile mam pomysłów na to, aby w końcu mnie pokochała… Nie wiesz ile. Moja słodka blondyneczka… — powiedział z czułością w głosie, a Acrimonia prychnęła lekceważąco, uważając aby w niego nie rzucić jakimś dobrym przekleństwem, którym nauczył jej Lucjusz. 
Czasem był bezczelnym, nie liczącym się z niczym oraz z nikim draniem. A Amy? Była jej przyjaciółką a mimo wszystko wiedziała, że rodzina jest ważniejsza. Chociaż z drugiej strony… Jak ona spojrzy jej w oczy? No jak?
Mam nadzieję, że to wszystko jakoś wyparuje, zniknie… Nie chcę ich tracić, pomyślała, pijąc odrobinę soku dyniowego. Oczywiście rzuciła swoje pogardzające spojrzenie Astorii, która zaraz się cała obślini widząc go w takim stanie.
To jest takie żałosne. Amanda ma rację — połowa naszych Ślizgonek jest taka żałosna… A Greengrass z mopsicą im przewodzą, chociaż tamta druga wraca do normalności. Znajomość z Teodorem jej dobrze zrobi, myślała uporczywie panna Hunt, bawiąc się różdżką i obserwując swojego „pasierba”.
Przecież on się spije jeszcze przed Nowym Rokiem! Ale nic w tym dziwnego — z taką misją każdy by zwariował, uciekając w taki nałóg.
Nagle każdy usłyszał  charakterystyczny dźwięk a zaraz po tym młode dziewczę wylądowało prosto na kolanach Pustej, Czarnej Czachy.
— Co ja tu robię?! — spytała z oburzeniem, próbując się jakoś wygramolić. Jednak na jej nieszczęście, czarnoskóry nie zamierzał jej tak łatwo wypuścić z rąk.
— A nic kocie, to przeznaczenie, że tu wylądowałaś. — Puścił jej oczko, a ona zarumieniła się, spuszczając wzrok i próbując się wydostać. Ale on jej nie puścił. Spojrzał na nią z politowaniem — Różyczko, spójrz w górę — powiedział ze śmiechem, a dziewczyna zaczęła się zastanawiać, aż w końcu spojrzała w górę. To ją urządził! Cholerny idiota!
— Jemioła, psia mać… — szepnęła cicho, widząc, jak gospodarz się nachyla po to, aby ją pocałować.
A ona nie chciała. Odsuwała się od niego ciągle, co wyglądało dla postronnych obserwatorów bardzo komicznie.
— Zabini! Do jasnej cholery nie chcę z tobą! Już wolę pójść do trolla albo wylizać wszystkim tu obecnym różdżki bądź też wyznać miłość Dropsowi! Wszystko, ale nie chcę Twojej bliskości! — wykrzyczała i wyrwała się z jego objęć. Oczywiście kto, jak kto, ale córka ministra musiała to skomentować.
— Amandi… Serce temu biedakowi łamiesz! — powiedziała panienka Knot ze śmiechem. Ta sytuacja była naprawdę komiczna.
— No przepraszam bardzo, ale każda róża ma kolce i nic tego nie zmieni — odpowiedziała dziewczyna, stając obok Acrimonii i się z nią witając.
Merlinie, jak ona za nią tęskniła! Tylko ona jedna z jej wszystkich koleżanek się do niej odzywała. Była dla niej jedną z najważniejszych osób jakie zna. Nie zdążyły się jednak sobą nacieszyć, gdy nagle zjawił się pan Malfoy wraz z Zabinim, biorąc swoje wybranki jak przysłowiowe  worki kartofli i zaczęli gdzieś iść. O ile Acri siedziała cicho, o tyle ta druga zaczęła wrzeszczeć jakby ją zarzynali.
— Zostaw mnie! Przysięgam, że jak tylko mnie postawisz to ci złamię nos, palce i zetrę ci ten wkurwiający uśmieszek z twarzy! — groziła mu zielonooka, jednak on miał to gdzieś. Zrobi to, co ma zrobić. Powie jej to, co ma powiedzieć i ją chyba zostawi. Z podkreśleniem na chyba.
                                                                            *
Podczas, gdy Amanda wymieniała tysiąc sposobów na to, jak bardzo zmasakruje Zabiniego w jego własnym pokoju, druga para spokojnie się kołysała w rytm cichej melodii płynącej gdzieś z oddali. Patrzyli sobie głęboko w oczy, nie mówiąc nic. Nie potrzebowali słów aby rozumieć, aby kochać. Nie potrzebowali romantycznych zapewnień, że będą ze sobą już zawsze i na zawsze. Oboje wiedzieli, że są dwie opcje — albo im się uda, albo nie.
Blondyn gładził policzek nastolatki, a ona wręcz się łasiła o jego dotyk. Nie potrzebowali nie wiadomo czego — wystarczyło im to, że są razem. Czas był ich wrogiem, tradycja była ich wrogiem — wszystko było ich wrogiem. Ale żadne z nich nie zamierzało się poddać losowi. Chcieli cieszyć się sobą wbrew wszystkiemu.
Byli wzorem niemożliwym, a jednak… Coś z tego wychodzi i staje się możliwe…
— Lucjuszu… — wyszeptała cicho młoda kobieta i po chwili przylgnęła wargami do jego ust. Mężczyzna odpowiedział, odwzajemniając jej pocałunek i obejmując w pasie. Po chwili usta dziewczyny zaczęły całować go namiętniej, jej dłonie sunęły po jego ciele. On sam nie był jej dłużny…
— Acri… — wychrypiał podniecony do jej ucha, a ona jęknęła cicho, po chwili robiąc mu malinkę na szyi. Tego Malfoy Senior nie mógł już wytrzymać. Wziął ją w ramiona i oparł o ścianę, namiętnie obcałując ją po żuchwie, szyi, obojczyku… Gdy napotkał przeszkodę w formie materiału kreacji, szybko ją rozpiął, dobierając się do kolejnych fragmentów jej pięknego, młodego ciała.
— Luc… — szeptała płomiennie do jego ucha, pozwalając mu na wszystko. Pragnęła go tak,  jak zapalniczka ognia. Jak demony pragną ludzkich dusz, tak ona pragnęła swojego ukochanego.
Gdy delikatnie przegryzł skórę na jej dekolcie, nie wytrzymała i zdarła z niego koszulę. Nie przerywając pieszczot, ruszyli w stronę łóżka. To będzie udany Nowy Rok…
                                                                          *
Blaise w ciszy wyprowadził Amandę pod ramię ze swojego pokoju. Nie myślał, że ona mówiła na poważnie z tymi różdżkami.
A jednak…
Tak dobrze zajęła się jego magicznym sprzętem, że aż musiał przerwać całe to przedstawienie. Do tej pory jest mu jeszcze gorąco! Ale Merlin mu świadkiem, że jeszcze minuta i by się na nią rzucił jak lew na swoją niewinną ofiarę.
A tego nie chciał.
Na to jeszcze nie czas…
W trakcie, gdy on myślał o sytuacji w pokoju, ona również się nad tym zastanawiała.
Wszelkie świętości, jak ona się wygłupiła!
Chyba nigdy sobie tego nie wybaczy! Co sobie o niej pomyśli? No co? Będzie się z niej śmiał! Już się bała tego wszystkiego. Przerażało ją to, co przyniesie chociażby następny dzień. Chociaż nikt nie miał wątpliwości, to ona już wiedziała — przyniesie pierwsze ofiary wojny.
                                                                     *
Miliony czarodziejów na świecie teraz piło, bawiło się oraz tańczyło z okazji Nowego Roku. Każdy miał nadzieję, że będzie dla nich wyjątkowy. Jednak nie wiedzieli, że to będzie jeden z najgorszych, jakie mieli do tej pory przeżyć.
Ale nasza ślizgońska paczka się tym nie przejmowała. Dziewczyny rozmawiały o różnych głupotach, Greengrass wraz z Draco zapijali swoje radości i smutki, Parkinson wraz z Nottem gdzieś tajemniczo zniknęli bez słowa. Ale nikt się o nich nie martwił — są czystokrwiści, nic im się nie stanie.
Najciekawszym zjawiskiem było to, że Amanda nie próbuje udusić gołymi rękoma Zabiniego i do tego z nim tańczy wolną piosenkę. Już nie wspominając o tym, że się obejmują! Większość myślała, że są po prostu odurzeni alkoholem. Jednak się mylili — dziewczyna zmieniła nieco nastawienie do niego, gdy rozmawiali razem w pokoju.
Diabeł nie okazał się aż takim diabłem. Był całkiem… Normalny.
Gdy już na parkiecie zostali tylko we dwoje, Amanda nieśmiało wtuliła się w niego. Rano będzie sobie robić wyrzuty, teraz chce zaznać odrobinę bliskości, nawet, jeżeli to z nim.
Jego ręce… Gładziły ją po karku, ramionach i plecach. Za nic się nie przyzna, jednak to było całkiem miłe. Uniosła głowę, patrząc w jego piękne, brązowe tęczówki, które przypominały jej ulubiony odcień brązu. Nie przerywała kontaktu wzrokowego. W sumie, nie był taki zły… A może po prostu to wódka mąci jej w głowie? Jednak to wszystko przerwał szept.
— Jest Nowy Rok, moja różyczko… Może dasz mi buzi..? — spytał z nadzieją, a ona zaczęła się zastanawiać. W sumie, nic się nie stanie jak da mu małego buziaka.
Może wtedy się na chwilę odczepi? Kto to wie?
Wzruszyła ramionami, a po chwili stanęła na palcach i cmoknęła go w usta. Widząc, że zabiera się do czegoś więcej, odsunęła się od niego.
— Robię to tylko raz, Blaise… Nie wiem co mnie skusiło… Ale nie dam ci nic więcej… Mam nadzieję, że nie będziesz na mnie naciskał. Nie chcę, żebyś mnie zranił… — wyszeptała i wyszła z jego objęć, kierując się w stronę budynku. Gdy już stała w progu, odwróciła się w jego stronę i powiedziała:
— Oczywiście mam nadzieję, że nikomu nie powiesz o tym, co tu zaszło. Jeżeli spróbujesz coś powiedzieć… Wiedz, że ja się tego wszystkiego wyprę. Chcę, aby to, co tu zaszło zostało między nami… — powiedziała, po czym poszła do znajomych i jak gdyby nigdy nic zaczęła z nimi rozmawiać.
Za to on… Ciągle tam stał ze szklaneczką Ognistej, myśląc o tym, co tu zaszło. Teraz wiedział o wiele więcej, niż chciał.
Ona na to nie zasługuje…
                                                                        *
Po skończonej imprezie każdy wrócił do swojego domu.
Oczywistym wyjątkiem była Montrose, która niedługo po trzeciej usnęła. Nikt nie był w stanie jej zabrać do domu, bo nikt nie wiedział, gdzie mieszka.
Więc jego obowiązkiem, jako jej rycerza jest dbanie o jej bezpieczeństwo. Ostrożnie wziął ją w swoje ramiona, wpatrując się w nią. Bez tego grymasu na twarzy wskazującego na to, że ma ochotę go zabić wyglądała jak jedna z tych mugolskich królewien. W końcu doniósł ją do swojego pokoju i ostrożnie położył ją na łóżku, przykrywając ją kołdrą. Niech jego mała istotka śpi sobie. Zniesie wszystko, położy się obok niej na materacu, aby ją bronić przed wszystkim. Przed całym złem tego świata. Bo tylko on ma prawo zranić i tylko on na tym ucierpi.
— Dobranoc… Jutro wszystko wróci do normy, Amando… — wyszeptał cicho, po czym położył się na podłodze obok łóżka, na którym leżała i zasnęła.

14 komentarzy:

  1. Ja zaklepuję pierwszy komentarz i lecę czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I komentuję- jak obiecałam xd Jest dedyk for me <3
      Taki zajebisty Blaise romantyk ^^
      "Obracała ten klucz, zastanawiając się, co to takiego może w sobie zawierać ten klucz…" -Amy, powtórzenie widzę xd
      Dobra, błędy się nawet najlepszym zdążają.
      Czarna Czacha- no dzięki..
      Jakie to było wszystko zajebiście słodkie <3
      Wisisz mi wizytę u dentysty, ale co tam- warto było.
      Ciekawi mnie co dalej z Morganą. Pisz szybko bo niecierpliwa jestem.
      Piszesz zaczepiście, Amy. Kocham to opowiadanie (cicho, że nie komentowałam) <3
      Twoja twórczość jest cudowna. Postać Acri tez jest super, ale główna bohaterka wymiata.
      Chce wiedzieć co dalej, więc życzę ci weny i masz pisać.
      ~Czarna

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. To było cudowne, niesamowite, najlepsze! :o
      Chociaż już dawno po świętach, to czułam ten klimat!
      Ja tam byłam oczami wyobraźni, naprawdę!
      Zdecydowanie najlepiej napisany przez Ciebie rozdział, tyle w nim emocji...
      Zacznę może od Albusa, który bardzo zaimponował mi swoją postawą, chociaż Morgana zaproponowała mu propozycję nie do odrzucenia, pozostał po stronie Merlina, to się ceni.
      Blaise...Czyżby on się NAPRAWDĘ zakochał?
      Strasznie słodki rozdział, to prawda.
      Klucz, suknia, miękkie lądowanie i jemioła, doprawdy idealnie zaplanowane.
      Acri słyszała rozmowę, której słyszeć nie powinna, a jednak.
      Nie miałabym serca wyjawić Amandzie, że Blaise zachowuje się tak przez zakład, więc ją rozumiem.
      Scene z Acri i Luckiem czytałam z wypiekami na twarzy.
      Idealnie Ci ona wyszła, czytając wstęp, myślałam, że scena bd dotyczyć Blaise'a i Amandy, a tu takie zaskoczenie...
      Draco, Draco...On to tylko coś czuje do ognistej. xD
      No i coś co mnie rozśmieszyło najbardziej w Twoim rozdziale "Zło emanowało z niej, jak tłuszcz z włosów Severusa." Śmiałam się tak głośno, że moja mama pytała, czy wszystko ze mną w porządku.
      I ostatnia kwestia, którą chciałam poruszyć, to Pansy i Nott, czy tylko ja ich widzę razem jako idealną pare? Myślę, że Nott jest cudowną postacią i naprawdę go polubiłam w Twoim opowiadaniu, mam nadzieję, że Pansy pod jego wpływem zmieni się na lepsze.
      Chyba troszeczkę się rozpisałam, ale jak najbardziej na to zasługujesz.

      Pozdrawiam i życze dużo, dużo zdrówka i oczywiście weny. <3

      Usuń
  3. A komenty kiedy? :D + można mnie obserwować. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widzisz, już dodałam komentarz.
      Amy, ja Cię już od dawna obserwuję. :D

      Usuń
  4. Mendka popłakałam się podczas czytania. Rozumiesz to? I Blaise był taki askmjghuv (nie użyję określenia słodki za nic w świecie). Czekam na nexta. I proszę o więcej wkurzającego Draco. Pozdrawiam i całuję,
    Tomione.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak mogę podsumować ten rozdział? sadfgyibfdukhjifdghj *____*
    Jak ja lubię takie słodkie momenty! Aaaa Zabini dał jej pianino *O* *teraz będą mogły założyć z Malve duet i będą podbijać sceny świata xDD*
    Ech, ja nie wiem skąd ty wiesz tyle o mnie. "Oczywiście kto, jak kto, ale Malve musiała to skomentować" Takie typowe określenie do mnie. Serio xDD
    O cholerka... Morgana, Dumbi, Morgana, Dumbi... Dobrze, że Dumbi się nie zgodził. Mooorgana ty psychopatko xDDDD
    Aj, no i jakże mogłabym nie wspomnieć o zmianie na blogu? PRZEPIĘKNY szablon! <33
    Zakładka bohaterów również! Idealnie dobrane gify! W dodatku cytaty! Rozpłynęłam się! :D
    No i jeszcze taka sweet Lumonia! <33
    Pozdrawiam i czekam na nexta ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. hejo, superhistoria. kiedy dalszy ciąg

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetnie opisałaś klimat świąt! W zeszłym roku w ogóle go nie czułam, więc chociaż tutaj na chwilę mogłam przenieść się w ten świat. Dziękuję Ci. :) Piszesz przejrzyście, łatwo i miło się czyta. Nie można się zaplątać. Pozdrawiam. Daj znać o nowościach. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniale uchwyciłaś klimat świąt i Nowego Roku - aż przypomniałam sobie zapach choinki ;).
    Rozdział był przesłodki, szczególnie ten taniec na końcu wypadł uroczo. Czekam na następny rozdział, bo bardzo polubiłam twój styl
    http://nocturne.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  10. Niesamowite,cudowne,gratuluję:)!Zero wymuszenia,wszystko naturalne,brawo:*!

    OdpowiedzUsuń
  11. 1. "A wszystko przez tą durną sowę Zabiniego, która dziobała ją z powodu tak długiego oczekiwania na odbiór przesyłki jeżeli musiała za długo czekać na odbiór przesyłki." - sama przeczytaj sobie to zdanie na głos najlepiej i mam nadzieję, że zobaczysz po co je tutaj daję. Według mnie to zdanie to trochę nie wiem.. masło maślane..
    Że cco??? Dudziaczek u niej na świeta.. omg XDDD A on wie, że ona jest czarownicą, że się do niej tak przystawia? (tak to odebrałam)
    No ja tam mam nadzieję, że Zabini dostanie po ryju jak Amy się dowie o zakładzie. Hehe ;/
    Morgana omf ;-; I taka propozycja? A Dumb odmówił.. Cieszy mnie to w sumie xD
    Pianino?? Wow! Chyba nie bardzo rozumiem te słowa: "Miłość jest władzą, ale władza nie jest miłością. — B. Zabini." - ale to tylko oznaka mojej "ogarniętości"
    Hahahaha kocham Amanadę XDD A i kim jest panienka Knot? Chyba muszę zaglądnąć do bohaterów ;-;
    Matko jak bosko ;-; No wreszcie zdał sobie sprawę, że ona na to nie zasługuję!Brawa dla niego! Naj bardziej boli mnie, że podkreśliłaś iż to długie,a ja wciąż czuję niedosyt i to dość duży! Brakuje mi spotkania z Dudziaczkiem, jak przeczytałam, ze będzie tto się napaliłam (jak to brzmi haha) a tu nici ;-; No cóż miałam za to całuska xp Zawsze coś.. Że Amy się zgodziła XD O, A Marika się do niej nie odzywała? Słabiutko..
    Jestem zadowolona ide czytać dalej, pozdrawiam i zapraszam do siebie: http://laura-w-hogwarcie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa